Czasem
mimowolnie spadasz w dół. Staczasz się. Próbujesz złapać się czegokolwiek, co
pozwoliłoby Ci się zatrzymać, a może i nawet wspiąć się powrotem na górę.
Największym problemem jest wtedy ten pęd, który nie pozwala ci nic zrobić. Nikt
Ci nie pomoże. Nic cię nie zatrzyma. Czujesz już jedynie Ból. Ból, który nie
pozwala ci się ruszyć. Po jakimś czasie każdy dotyk wydaje się idealnie
wymierzonym uderzeniem w twarz. Wtedy już nawet nie oczekujesz, że ktoś się
zjawi. Że pojawi się osoba, która wyciągnie do Ciebie rękę i zaproponuje nowe
życie, bez Niego. Boisz się tego, pomimo że nie masz do tego żadnych powodów.
Więc
nie chcesz.
Nic
nie chcesz.
Nie
chcesz żyć.
Budzę
się. Za oknem jest jeszcze jest ciemno. Zegar wskazuje czwartą dwadzieścia dwa.
Dzień jak co dzień.
Przecieram
oczy ręką. Już mam dość, chcę spać, odpocząć chociaż chwilę. Wiem, że nie mogę.
Stawiam więc stopy na podłodze i wstaję. Pierwsze kroki są zawsze najgorsze.
Chwieję się leciutko, kiedy przez chwilę ciemnieje mi przed oczami. Przytrzymuję
się krzesła przez parę sekund, żeby nie upaść. Po chwili dziwne uczucie
nieobecności we własnym ciele mija i mogę kontynuować swoją wędrówkę. Podchodzę
do okna i siadam na parapecie. Okno jest lodowate, ale nie przeszkadza mi to.
Wręcz nawet mnie wybudza. Oglądam więc granatowe niebo. Z nudów zaczynam nawet
liczyć gwiazdy. Przy czterysta dwudziestej drugiej się mylę. Nie mam zamiaru
zaczynać tego od początku.
Sięgam
po telefon. Szybko wystukuję hasło i włączam Internet. Już po niecałej minucie
otrzymuję wiadomość: Żyjesz? Po
chwili odpowiadam: Jeszcze tak.
To nie dobrze – odpisuje.
Już niedługo
Idę
chodnikiem w stronę szkoły. Ostatni zakręt i już wchodzę na jej teren. Idealnie
w momencie, kiedy moja noga przekracza próg bramy, w głowie pojawia się
czerwona lampka. Całe ciało chce, żebym uciekała. Ale wtedy na horyzoncie
pojawia się Nelly. Macha mi ręką. W tym samym momencie schylam głowę. Wolę nie
wzbudzać zbytniego zainteresowania wśród reszty uczniów. Ja mam swoje życie –
oni swoje i tego wolę się trzymać. Czasem jednak idąc korytarzem słyszą jak
ktoś powie coś trochę za głośno.
-Patrz,
Samara upatruje swojej ofiary. – słyszę gdzieś za sobą. Po głosie rozpoznaję,
że to Cindy. Jej przyjaciółeczki chichoczą cicho, ale wystarczająco głośno,
żebym to usłyszała i dodała kolejny punkt do listy rzeczy, za które ich
nienawidzę. Jest ich chyba już ze czterysta dwadzieścia dwa.
Staram
się zignorować uszczypliwe odzywki i kieruję się w stronę Nelly. Niemal słyszę
kroki Cindy i jej watahy.
-Hej!
– wita się Nelly i przytula mnie mocno. Czuję jak z moich płuc uchodzi
powietrze. Nie lubię się przytulać. Wolałabym ograniczyć się to kontaktu
wzrokowego, ale chyba nic nie poradzę na to, że moja koleżanka chce się
przytulać do każdego i w każdym czasie.
Nelly
jest wiecznie uśmiechniętą brunetką o przeciętnym wzroście i ciepłych brązowych
oczach. Chyba jako jedyna normalnie ze mną rozmawia. Nie narzekam, mogło wypaść
gorzej. W sumie ona jest naprawdę ładna, miła i przyjacielska, ale czasem
trochę za bardzo chce się wszystkim przypodobać. To ją zgubiło. Dlatego trafiła
na mnie i straciła rok na rozmowy i przebywanie ze mną, a także docinki osób
pokroju Cindy.
Dość
szybko mija parę pierwszych lekcji. Zlewają się w siebie, ale nie dłużą się w
nieskończoność. Nie ważne, że nic z nich nie rozumiem. W pewnym momencie, kiedy
idziemy korytarzem, obok nas zjawia się Cindy oraz jej „przyjaciele”, którzy w
wolnej chwili najchętniej by ją z wyzywali za jej plecami. Tacy już po prostu
są
W
pewnym momencie nie wytrzymuję, kiedy słyszę jak wybuchają gromkim śmiechem i
mówię do Nelly, ale dość głośno, żeby mnie usłyszeli również oni:
-
Czujesz to? To smród idealnego życia.
Nel
przystaję na chwilę, po czym rusza dalej przed siebie. Myślę, że była
zaskoczona, że się odezwałam, pomijając to, że przy Cindy. Rzadko to robię.
Spomiędzy
niewielkiego tłumu wydobywa się głośne „Ouuu”. Wtedy do akcji wkracza diablica
we własnej osobie:
-Zobaczcie,
kogo tu mamy… Samara Mortum, miło że postanowiłaś nam towarzyszyć.
Reszta
zaczyna się śmiać, a ja zaciskam pięści. Dobrze, że są ukryte pod przydługimi
rękawami. Jedynie Nelly stoi kawałek za mną. Nie odezwie się. Nie obroni mnie.
Muszę liczyć sama na siebie.
-I
kto to mówi… - szepczę.
-Co?
Idź lepiej do psychiatryka, może tam znajdziesz swoich pobratymców.
Kolejny
chichot.
Kolejna
zniewaga
Mam
dość.







