piątek, 15 kwietnia 2016

Revenge #1

Spoglądam wciąż pod własne nogi. Głowę mam opuszczoną. Włosy zakrywają moją twarz. Nie pozwalają innym na jakikolwiek kontakt wzrokowy. Słyszę za sobą kroki dwóch ciężkich par butów. Ja na swoich nogach miałam jedynie porozrywane brudne trampki, które kiedyś były białe, a teraz ich kolor przypominał raczej odcień pomarańczu połączonego z ciemnoszarą barwą.
            W pewnym momencie czuję mocne szturchnięcie czymś twardym w prawe ramię. Od razu przeszywa mnie palący ból na całej długości ręki. Krzywię się nieznacznie, odchylając jednocześnie głowę odrobinę do tyłu.
            -Pospiesz się. – słyszę ciche warknięcie barczystego mężczyzny maszerującego tuż za mną. Jego towarzysz jeszcze nie odezwał się ani razu w ciągu przebytej drogi. Mam ogromną ochotę odwrócić się i przywitać ich twarze z moją pięścią, ale wiem, że moje szanse na spełnienie tego planu i uniknięcie konsekwencji jest niemożliwe. Muszę wytrzymać takie traktowanie. Będę musiała je wytrzymać w najbliższym czasie. Albo na zawsze.
            Strzepuję posklejane kosmyki włosów z twarzy lekkim ruchem głowy. Ręce mam skrępowane za plecami plastikowymi kajdankami. Czuję się jak bezwartościowe zwierzę prowadzone na rzeź. Mimo to nie jestem zestresowana. Rozglądam się dookoła. Idziemy nieskazitelnie białym korytarzem z zaokrąglonymi ścianami. Podłoga jest zbudowana z szarych szerokich płyt. Wszystko wygląda dokładnie tak jak to zapamiętałam. Tak samo czyste, tak samo sterylne, tak samo przerażające. Mijający nas ludzie są ubrani w białe fartuchy sięgające za kolana, garnitury, bądź też elastyczne czarne kostiumy przylegające do ciała. Wszyscy wyglądają elegancko, ale również niebezpiecznie. Czasem zauważam niewielkie elementy, których nie widziałam podczas mojego ostatniego pobytu w tym miejscu: niewielkie roboty, miejące wysokość nie większą niż do ludzkiego kolana, które czyszczą najmniejsze zabrudzenia; maszyny przypominające kształtem potężnego mężczyznę, które wydają się pilnować ogólnego porządku; a także przeważającą liczbę  kobiet, zmierzających w nieznanych mi kierunkach. W ubiorze przypominają one mężczyzn. Niektóre z nich mają włosy obcięte na jeża i z ledwością daje się je odróżnić od płci przeciwnej.
            Nagle przede mną wyrosły ogromne metalowe drzwi, do których dostępu broni niewielki czytnik kart ID. Jeden z moich „ochraniarzy” przeciąga swoją plakietkę przez skaner i po chwili wrota rozsuwają się, nie wydając przy tym niemal żadnego dźwięku. Ponownie zostaję popchnięta na przód wprost do obszernego, równie białego jak korytarz pokoju. Na jego samym środku znajduje się duży szklany stół z matowymi nogami, przy którym stoją krzesła w perłowym kolorze. Mimo, że nie widzę wokoło żadnych lamp, w pomieszczeniu jest tak jasno, że muszę mrużyć oczy, żeby cokolwiek ujrzeć. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, kto siedzi na jasnym krześle znajdującym się najdalej od wejścia. Dostrzegam czuprynę ciemnych włosów, które są już poprzetykane siwizną, pomarszczone czoło, grube ciemne brwi, kobaltowe oczy, które mogłyby jednym spojrzeniem przeszyć człowieka na wskroś, orli nos, wąskie usta oraz lekko wysunięty podbródek. Wszędzie poznałabym tą twarz. Znam ją aż zbyt dobrze.
            -Jaqueline Victoria Burch. – słyszę głęboki męski głos, jest on tak spokojny, zdystansowany i znajomy, że na mojej twarzy mimo wszelkich starań pojawia się krzywy uśmiech. Unioszę podbródek ku górze i odrzucam włosy do tyłu. Jestem gotowa na tą konfrontację. – A więc znów się spotykamy. Po tylu latach postanowiłaś w końcu do nas wrócić.
            Lekki uśmiech, w którym były wygięte moje usta momentalnie zamienia się w grymas niezadowolenia. Mam ochotę na niego splunąć. Jestem jednak zbyt daleko, żeby to zrobić. Poza tym za moimi plecami nadal stoi dwoje ochroniarzy.
            -Skoro już raczysz nas swoją obecnością, to równie dobrze możesz usiąść ze mną przy tym stole i przy kolacji opowiedzieć mi o swoich doczesnych osiągnięciach. – mężczyzna mówi to wszystko tak swobodnie, jakby od naszego ostatniego spotkania minęło zaledwie parę godzin, a nie sześć lat.
            Jeden z konwojentów szturcha mnie w plecy, żebym ruszyła naprzód. Robię więc parę kroków i siadam przy najbliżej znajdującym się krześle. Jego powierzchnia jest niezwykle gładka i zimna. Wzdrygam się delikatnie, kiedy czuję jego chłód na swojej skórze. Podnoszę wzrok, żeby spojrzeć na rozmówcę. Widzę jak machnięciem ręki odprawia dwoje mężczyzn.
            -Panowie mogą już iść. – oznajmia – Muszę porozmawiać na osobności z panną Burch.
            Słyszę ich równy marsz, którego rytm wyznaczał roznoszący się po całym pokoju dźwięk uderzanych podeszw ciężkich butów. Drzwi zostają zamknięte z cichym kliknięciem i jestem sam na sam z Jacobem Wardem w jednym ogromnym, niezwykle jasnym pomieszczeniu. Po chwili jednak w drzwiach stają dwie krągłe kobiety ubrane w białe fartuchy z szerokimi półmiskami w rękach. Jeden z nich kładą tuż przede mną, nawet na mnie nie spoglądając, a drugi przed Wardem. Podnoszę metalową pokrywkę i wnet do moich nozdrzy wdziera się kuszący zapach sosu grzybowego, którym jest zalana średniej wielkości górka utworzona ze świeżego, jeszcze parującego ryżu. Czuję jak w moich ustach zbiera się ślina, a brzuch zaczyna cicho burczeć. Nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jak bardzo jestem głodna. Szybkim ruchem łapię sztućce leżące po obu stronach talerza i wpycham w siebie całą jego zawartość. W połowie posiłku dopiero zdaję sobie z tego sprawę jak musi to wyglądać z perspektywy Warda. Momentalnie się opanowuję i prostuję plecy. Spoglądam na mężczyznę który podśmiewa się cicho pod nosem przypatrując się moim poczynaniom. Moje policzki momentalnie się stają się różowe ze wstydu.
            -Skoro już udało ci się oderwać od tego pysznego posiłku, może zechcesz w końcu zaspokoić moją ciekawość i opowiedzieć mi całą tą historię? – zapytał z rozbawieniem w oczach.
            -Czemu niby miałabym zdradzać ci szczegóły z czasu mojej wolności? – nie mam zamiaru mu ufać. Jest moim wrogiem.
            -Ponieważ jestem ciekawy. Poza tym jesteś pod moim dachem i właśnie zjadłaś moje jedzenie, które postanowiłem ci podarować z czystej dobroci serca… - nie dałam mu dokończyć, parskając śmiechem.
            -Ty i dobroć serca? Nie ośmieszaj się. – warknęłam.
            Mężczyzna tylko się uśmiechnął i pokręcił głową, jakbym była jedynie małym dzieckiem, które kolejny raz pomyliło się w najprostszym działaniu matematycznym.
            -Och Jaquie... - mruknął nadal kręcąc lekko głową.
            Nagle poczułam jakbym spadała w dół. Tak, jak gdyby coś ciągnęło mnie w nieznanym mi kierunku za ciekną, niewidzialną nić, która jest przywiązana do mojego brzucha. Świat po prostu zaczął kołować wokół mnie, albo to ja obracam się wokół własnej osi. Poszczególne rzeczy stają się rozmazane, a barwy łączą się ze sobą w kalejdoskop. Lecę, nie czując żadnego oporu powietrza. Wciąż nie upadam, mimo że wiem, że jest to nieuniknione. Aż wszystko się zatrzymuje. Ciemność ustępuje pojawiającym się kolorom, chaos przechodzi w ciszę, a ja widzę młodszą wersję siebie, biegnącą białym okrągłym korytarzem. Przez moment nie wierzę własnym oczom i przecieram je dłońmi, ale poruszająca się zjawa wciąż nie znika. Nie zostaje mi więc nic innego, tylko ruszyć za dziewczynką. Brunetka mija ochroniarzy i wielu naukowców w jasnych kitlach. Ma na sobie ubrany fioletowy kombinezon stworzony z oddychającej tkaniny. Po paru metrach przypominam sobie łudząco podobne wydarzenie. Wtedy dochodzi do mnie czego właśnie doświadczam. Swojego własnego wspomnienia. Tego konkretnego wspomnienia, które miało zaważyć na resztę mojego życia. Dziecko dobiega do końca korytarza i wpada do gabinetu Warda. Mężczyzna odwraca się od śnieżnobiałej ściany i podchodzi do dziewczynki. Mała jeszcze nie wie co ją czeka. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, jej oczy błyszczą, a policzki są zaróżowione. Wtedy Ward pochyla się nad nią i wymierza jej siarczyste uderzenie w policzek. Odruchowo łapię się za własną twarz, niemal czując ten ból i zażenowanie. To nie był pierwszy raz, kiedy mężczyzna w przypływie emocji posuwał się do kar cielesnych. Wcześniej zdarzało się to jednak rzadko. Niemniej nikt nigdy nie spodziewał się żadnego z tych wybuchów. Tego dnia rozpoczęła się ostra dyscyplina i ciężkie kary za niesubordynację. A miałam wtedy jedynie dziesięć lat.
            -Miałaś się nie spóźniać – głos Warda nie przypominał już spokojnego śpiewu. Był raczej podobny do ryku rozwścieczonego lwa. On cały w tym momencie przypominał rozeźlone dzikie zwierzę, do którego najlepiej się nie zbliżać, bo każda konfrontacja może zakończyć się tragicznie.
            Dziewczynka schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho łkać. Nie była przyzwyczajona do jego wybuchów.
            -I czego jeszcze ryczysz dzieciaku?! – warknął. – Ogarnij się! Chociaż raz bądź warta miana mojej uczennicy! Choć raz nie bądź do niczego, ty głupia mała… - urwał, żeby nabrać powietrza, albo żeby zastanowić się nad najlepszym określeniem – …nieudacznico! – dokończył.
            Dziewczynka wybiegła z pokoju, ocierając przy tym potok łez cieknących po jej policzkach. Nie chciała tego słuchać. Nie chciała, żeby jedyna osoba, na której jej w życiu zależało, ją tak nazywała. Nie chciała być tą najgorszą.
            -Oczywiście! Uciekaj, jak zwykle! Nie nadajesz się na miano mojego żołnierza! – słyszała wrzaski Warda, które cichły z każdym krokiem. Musiała się od nich uwolnić. Wtedy właśnie po raz pierwszy bez odgórnego pozwolenia udała się na powierzchnię. W stronę wolności.
            Wspomnienie nagle zaczęło się kruszyć, jakby było jedynie cienką warstwą szkła, która została rozbita na niewielkie kawałki. Kolory zbledły, a cisza zamieniła się w szum, który wydawał się niszczyć bębenki. Otworzyłam oczy, a przede mną znów znajdował się przezroczysty stół i o dziewięć lat starszy Ward.
            -Och Jaquie… Wbrew pozorom nie jestem taki okrutny, jakim mnie widzisz. Nie pamiętasz tych lat, kiedy widziałaś we mnie ojca? Byłem twoim autorytetem. Pragnęłaś mnie naśladować, być taka jak ja. – mruknął cicho, patrząc mi prosto w oczy.
            Skrzywiłam się. Oczywiście, że to pamiętam. Nie oznacza to jednak tego, że nie uważam tego za szczyt głupoty. Po tym co przeżyłam nigdy nie będę chciała być taka jak on.
            -Czemu trzymasz mnie przy życiu? – zapytałam, żeby zmienić temat przy okazji powróciłam do jedzenia.
            -Jesteś niezwykle ważną osobą w moim życiu. Jakże mógłbym doprowadzić do twojej śmierci? Skoro już o tym mowa, dzisiaj tak jak i również w kolejnych dniach wieczorami i rano będzie do ciebie przychodziła jedna z najlepszych uzdrowicielek, żeby opatrzyć twoje rany na przedramionach. Zrobienie tak wielu głębokich cięć było bardzo głupie i niebezpieczne, niemniej jednak jestem pełen podziwu, że się na to odważyłaś. Najwidoczniej moja praca z tobą nie poszła na marne. Wychowałem bezwzględną i niezwykle brawurową wojowniczkę. - słysząc to miam ochotę splunąć na podłogę, ale jednocześnie gdzieś bardzo głęboko w sercu czuję dziwne ciepło, jak gdyby ktoś rozlał tam gorącą wodę, nie obawiając się o oparzenia – A teraz możesz iść do swojego pokoju. Odprowadzi cię dwoje straży, którzy również będą stali pod twoimi drzwiami. Jak zawsze najważniejsze jest bezpieczeństwo. Twoje, ale również reszty mieszkańców. Dziękuję ci za rozmowę, do widzenia. – po wypowiedzeniu ostatnich słów mężczyzna się odwraca i wychodzi przez niemal niewidoczne rozsuwane, niewielkie drzwi, znajdujące się po drugiej stronie pokoju.

            Niecałą minutę później do pomieszczenia wkraczają moi stróżowie. Łapią mnie pod ramiona, unoszą z krzesła i stawiają na ziemi. A więc doszło do tego, czego obawiałam się od zawsze. Zostałam więźniem. Zbiegiem, którego należy ukarać odosobnieniem od reszty społeczności. Niemal czuję na sobie wzrok mijanych przeze mnie ludzi. Czasem wydaje mi się, że potrafię usłyszeć ich myśli: „Zobaczcie, to ta, która uciekła sześć lat temu. Opuściła swój dom i zdziczała. Lepiej niech wszyscy trzymają się z daleka.”. Możliwe, że to jest jedynie stworzone przez moją wyobraźnię, ale wydaje mi się, że niektórzy idąc obok mnie odsuwają się najdalej jak tylko się da. Czuję się podle. Nędzna więźniarka. Nieudacznica.


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Revenge #0

Dokładnie wiem co się stało. Widzę w mojej głowie setki nici połączonych w jeden ogromny, trójwymiarowy obraz. Piękne i niesamowite dzieło, którego nie da się opisać zwyczajnymi słowami śmiertelników. Nie da się go prawidłowo rozrysować na kartce papieru, ani stworzyć modelu w żadnym znanym temu światu programie komputerowym. To jest zbyt idealne. Znalazł się tam jednak jeden błąd. Jedyny niewinny ubytek, który teraz rani moje wewnętrzne oko. Roznieca ogień wewnątrz mojego umysłu. Nie jestem zła. Jestem wściekła. Na siebie, na nędznego człowieka, który spowodował tą sromotną porażkę, na wścibskich policjantów, którzy wkładają swoje długie, krzywe nosy w nieswoje sprawy, na kobietę, która na mnie doniosła… Jestem pełna furii.
            Rozglądam się dookoła. Wiem, że za chwilę po mnie przyjdą. Zabiorą mnie. Nie będę mogła ukończyć tego zadania. Patrzę w stronę okna. Ucieczka nic nie da. I tak w końcu mnie znajdą. Chociaż… kto wie, może są tak wielkimi idiotami, na jakich wyglądają. Podchodzę do okna, ciągnę za klamkę parę razy, ale nic to nie daje. Jest zatrzaśnięte. Nie dam rady uciec. Nie w ten sposób. Muszę wymyślić coś innego. Coś bardziej efektownego. Coś, czego się nie spodziewają.
            Idę szybkim krokiem w stronę łazienki. Przez przypadek uderzam w szafkę stojącą przy ścianie w korytarzu. Na ziemię spada niewielka szklana kula i roztrzaskuje się na malutkie kawałeczki. Przeklinam cicho w duchu na widok licznych białych drobinek zmieszanych z odłamkami szkła i przezroczystym płynem rozlanym po całym pomieszczeniu. Wtedy przypominam sobie, że mam coraz mniej czasu. Idę więc dalej. Właścicielka tego mieszkania i tak nie będzie już miała możliwości rozpaczać nad zniszczoną ozdobą. Kąciki moich ust delikatnie się podnoszą na myśl przerażonych oczu blondwłosej kobiety w ostatnich minutach jej nędznego życia. Wiedziała, że nie ma ze mną szans. Rozumiała, że dołączy do całej reszty. Nawet już się nie broniła, po prostu poddała się mi bez jakiejkolwiek walki. Była odważna. Albo głupia.
            Spoglądam na starodawny zegarek z kukułką zawieszony nad drewnianym stołem. Krótsza wskazówka zbliżała się powolnym ruchem do wykaligrafowanej czarną czcionką piątki. Krew zaczynała wrzeć mi w żyłach. To dobrze.
            Będąc już w łazience otwieram pierwszą szafkę, jaka wisi obok lustra, po mojej prawej stronie. Znajduję tam paczkę nieużywanych ostrzy do golenia. Rozrywam więc papier i wyciągam jedno z nich. Trzymając je zaciśnięte w dłoni zwiniętej w pięść, siadam na podłodze, opierając plecy o ścianę nieskazitelnie białej wanny. Z ledwo dostrzegalnym uśmiechem zaczynam oglądać dookoła ostrze. Jest już delikatnie ubrudzone od rdzawo czerwonej krwi. Musiałam się przez przypadek przeciąć, trzymając je w ręce. Zakasuję więc rękawy na wysokość łokci i przykładam nożyk do spodniej części nadgarstka. Żyły tworzą tam granatową siatkę osadzoną na jasnej skórze. Przesuwam powoli ostrze przyciskając je na początku delikatnie. Chcę chociaż przez chwilę móc rozkoszować się kłującym bólem, który z każdą mijającą sekundą stępia moje zmysły. Moje oczy na moment stają się wilgotne. Niemal od razu czuję jak gorąca, rubinowa posoka zaczęła przeciekać mi między palcami. Przeszedł mnie jeden samotny dreszcz, kiedy głuchą ciszę przeciął cichy dźwięk kropli uderzającej o jasne kafelki. Rany na rękach zaczynają się robić coraz głębsze. Przypominają drabinę pełną spływającej krwi. Delektuję się tym widokiem. Co parę minut przed oczami widzę jedynie ciemną mgłę, ale gdy tylko powracam do pełni umysłu, na drugim nadgarstku tworzą się nowe krwawe zagłębienia. W pewnym momencie, kiedy całe spodnie miałam przemoczone od czerwonej cieczy, a wokół mimo to rozlana była dość duża kałuża, nie miałam już siły, żeby po raz kolejny unieść dłoni dzierżącej kawałek naostrzonego metalu skąpanego we krwi, oparłam głowę o ścianę wanny. Ostatnie minuty życia powinny być ekscytujące, godne do zapamiętania przez przyszłe pokolenia. Na pewno nie tak wyobrażałam sobie śmierć. Nigdy bym nie pomyślała, że będę tak zwyczajnie na nią czekać w zbyt białej łazience w zbyt czystym domu jednej z moich ofiar. Wiem chociaż jedno. Zginę z najodpowiedniejszych rąk. Swoich własnych.
            Ciemność przyszła tak niespodziewanie, że nie zdążyłam się nawet jej oprzeć. Moje ręce i nogi po prostu stały się sztywne. Niemal czułam jak stygły z każdą kroplą wypływającej krwi. Może i nie wykonałam zadania, ale wygrałam tą walkę. Przynajmniej nie wezmą mnie żywcem. To już coś. Dla mnie to już wszystko. Koniec.

            Wtedy oślepiło mnie nagłe światło. Uchyliłam minimalnie powieki. Nie mam już na nic siły. Umieram. Gasnę każdą komórką ciała. Doszło do mnie parę głosów. Wydawały się brzmieć, jakby zza grubej ściany wody. Zniekształcone i ledwo zrozumiałe. Wiem jednak kto to. Wiem o co im chodzi. „Potrzebujemy jej żywej”. Głupcy mają jeszcze nadzieję, że mnie uratują. Nie rozumieją, że ja już teoretycznie nie żyję. Nie żyję już od dawna. To oni mnie zabili. Zniszczyli mnie już dobre parę lat temu. Ja tylko ukończyłam ich dzieło. Zrobiłam im przysługę. Wyeliminowałam się, niech dalej sami prowadzą tą chorą grę. Wtedy nie wytrzymałam. Ostatkiem sił wybuchłam śmiechem. Pewnie brzmiałam jak skomlące małe dziecko, ale niewiele mnie to obchodziło. Jestem już martwa. Równie dobrze mogę ich teraz wyśmiać. Czuję na sobie zdziwione spojrzenia. W pomieszczeniu na moment zapadła grobowa cisza. Jedynie ja wciąż się śmiałam. Coraz słabiej, aż w końcu niewidzialna siła utrzymująca mnie przy życiu po prostu przestała działać. Ostatnie co poczułam, to uderzenie lewym ramieniem o ziemię. Już nawet nie bolało. Przynajmniej w końcu mogę w spokoju zasnąć. Zasnąć nie obawiając się koszmarów, czy porannego budzika. Zasnąć na wieki.


sobota, 5 marca 2016

#1 Południca

Spojrzałam po raz ostatni prosto w jego oczy. Nie wahałam się. Nie mogłam. Mój umysł działał prędko, o wiele szybciej niż normalnie. Objęłam delikatnie dłońmi jego twarz. Przesunęłam kciukami po jego spierzchniętych i wyschniętych od gorąca ustach. Jego nagrzana od słońca skóra parzyła mnie w opuszki palców. Był umięśnionym, wysokim mężczyzną. Dość przystojny. Miał twarz o ostrych rysach i opadnięte policzki. Jego włosy miały kolor wypłowiałego od ciągłej pracy w pełnym słońcu blondu. Oczy również miał niezwykle jasne, kobaltowe. Mogłabym wpatrywać się w nie godzinami. Powieki miał podwinięte tak wysoko, że oczy wydawały się niemal wyłupiaste. Jego źrenice były odrobinę powiększone. Wydawały się delikatnie kurczyć i poszerzać z każdym oddechem. Opuściłam jedną dłoń, przesuwając ją od kości policzkowej, przez żuchwę i zagięcie szyi do obojczyka i dalej w stronę piersi okrytej bawełnianą, jasną koszulą. Była ona trochę zwilgotniała od potu. Czułam jak przechodziły go dreszcze, kiedy muskałam delikatnie jego mocno opaloną skórę. Miał rozszerzone nozdrza i minimalnie otwarte usta.Wydawało się, jakby zbliżał się w moją stronę. Drugą rękę umieściłam u nasady jego włosów. Uśmiechnęłam się i zamrugałam parę razy, spoglądając na niego. Wydawał się oczarowany. Już nie widział niczego naokoło oprócz mnie. Wiedziałam, że już wygrałam tą walkę, o której on nawet nie wiedział. Nie miał pojęcia po co tutaj przybyłam, ani co się za chwilę z nim stanie. Już myślał jedynie o mnie, o niegroźnej dziewczynie, którą spotkał na środku pola w samo południe niezwykle upalnego dnia, podczas pracy. Niczego nie podejrzewał. Lepiej, żeby tak pozostało. Przysunęłam twarz w jego stronę, stając jednocześnie na palcach. Nasze usta przez moment dzieliły milimetry. Oddychaliśmy tym samym powietrzem. Tylko nas dwoje. Wtedy połączyłam nas w pocałunku. Wydawał się jedynie przerośniętą lalką pozostawioną do mojej dyspozycji. Mogłam zrobić cokolwiek mi się żywnie podobało. Więc wbiłam paznokcie prawej dłoni w jego rozgrzany od promieni słońca kark. Drugą ręką sięgnęłam do szerokiej kieszeni białej sukienki po niewielki nóż poplamiony na rdzawy kolor. Cały czas wzrok miałam wbity prosto w jego oczy, które z każdą chwilą mętniały i stawały się szare, martwe. Przekręciłam odrobinę paznokcie wbite pod skórę mężczyzny. Wygiął się delikatnie. W momencie, kiedy już miałam wbić mu sztylet w brzuch, ujrzałam paru robotników biegnących między złotymi kłosami pszenicy. Nie mogli mnie zobaczyć. Nie mogli teraz mi przerwać. Cholera.
Oderwałam usta od ust mężczyzny i przewróciłam go na ziemię. Był nieprzytomny. Przykucnęłam tuż obok niego. Szybko przełożyłam nóż do drugiej ręki i uniosłam ją, żeby wycelować prosto w serce. Nagle, gdy już miałam wypełnić swój plan, ktoś złapał mnie za nadgarstek i wyrwał ostrze spomiędzy moich palców. Usłyszałam czyiś krzyk za mną. Ktoś przewrócił mnie i przygniótł moją twarz do ziemi.
-Kim ty jesteś i co mu zrobiłaś? - zapytał jakiś męski roztrzęsiony głos.
-Myślisz, że ci odpowiem? - odparłam sarkastycznie.
Mężczyzna zaklął. Usłyszałam ciche uderzanie skóry o skórę. Prawdopodobnie ktoś próbował ocucić tego, którego przed chwilą próbowałam zabić. Uścisk na moment odrobinę zelżał. Tyle wystarczyło. Natychmiast wysunęłam się spod ogromnego robotnika i zaczęłam biec przed siebie. Kamienie leżące na ziemi i pędy połyskującej pszenicy kuły mnie w gołe stopy. Dojrzałe kłosy uderzały mnie po łydkach, których nie okrywał materiał białej sukienki. Po paru minutach nie widziałam już za sobą nikogo. Zatrzymałam się, z ledwością łapiąc powietrze do płuc. Oparłam dłonie o kolana i stałam tak przez chwilę, próbując rozluźnić mięśnie i unormować oddech. Dalszą drogę pokonałam zwyczajnym marszem. Nie mogłam pozwolić na to, żeby mnie dogonili. Wiedziałam co ludzie robią z takimi jak ja. Z Południcami.

wtorek, 23 lutego 2016

Oblivio #0 [Prolog]

Rozglądam się dookoła. Pusto. Nikogo nie ma. Czekam jeszcze chwilę, po której odchodzę. Patrzę jeszcze ostatni raz w stronę połamanego drzewa pokrytego grubą warstwą mchu. Nie przyszła. Zostawiła mnie. Spoglądam w dół na zabłocone buty. Rozgrzebuję czubkiem jednego z nich niewielką dziurę między mokrymi liśćmi. Zostawiła mnie. Nie mam już po co dłużej tutaj czekać, pewnie miała jakąś nagłą sprawę na głowie i nie zdążyła mnie o niej poinformować. To nie jej wina. Wyciągam telefon z kieszeni, minęło już piętnaście minut od umówionej godziny. Odwracam się na pięcie i robię parę kroków na przód. Zatrzymuję się, kiedy słyszę za sobą cichy szelest.
-Idziesz już? - odzywa się jedwabistym głosem.
-Czekałem. - odpowiadam zwracając ciało jednocześnie w jej stronę. - A ciebie nie było. Coś się stało?
Kręci przecząco głową, po czym zarzuca swoje wiotkie ramiona na moją szyję. Czuję jak robi mi się ciepło. Skóra pod jej dotykiem wydaje się parzyć w niezwykle przyjemny sposób. Patrzę prosto w jej niebieskoszare oczy. Wewnątrz, tuż przy źrenicy miały głęboki metaliczny kolor, a obwódki wydawały się falować, niczym ocean. Czuję, że mógłbym oglądać ten cudowny widok przez całe życie i nigdy nie byłbym tym znudzony. Dotykam palcami pasmo jej ciemnoblond włosów. Na pojedynczych kosmykach widoczne są jeszcze różne barwy tęczy wyprane od mycia i rozjaśnione przez słońce. Ciągnę delikatnie za pasemko, na co odpowiedziała cichym śmiechem. Ja również się roześmiałem. Jej chichot jest najcudowniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałem. Czyste dźwięki wydobywają się z jej gardła i zmuszają mnie do uniesienia kącików ust. Przy niej cała moja twarz i serce uśmiechają się w sposób zarezerwowany tylko dla tej jedynej niesamowitej osoby. Przesuwam dłoń pod jej podbródek. Unosi twarz w górę, żeby na mnie spojrzeć. Co prawda przewyższa większość dziewcząt ze szkoły, ale ja jestem jeszcze te parę centymetrów wyższy od niej. Pochylam się delikatnie w jej stronę i nasze usta w końcu stykają się w słodkim pocałunku. Ten moment rekompensuje każdą minutę, którą musiałem na nią czekać. Przechodzi mnie lekki dreszcz, kiedy wplata swoje smukłe palce w moje włosy i delikatnie je przeczesuje. Cały czas obejmuje mnie ramionami za szyję, a moje ręce niespodziewanie powędrowały na jej talię. Przysuwam ją jeszcze bardziej do siebie. Chcę czuć jak nasze ciała się stykają. Wtedy nam obojgu braknie powietrza w płucach. Niechętnie odsuwam się na parę centymetrów oddychając nieco szybciej niż zwykle. Hayden również ledwo łapie powietrze wspierając się na mnie.
-Kocham cię. - szepnęła mi prosto do ucha obejmując mnie mocno.
-A ja kocham ciebie. - odparłem zatapiając twarz w jej miękkich, pachnących wanilią włosach.

***

-Chester, kochanie, gdzie ty się podziewasz? - usłyszałem roztargniony głos Hayden wydobywający się ze słuchawki telefonu - Ja tu czekam na ciebie. Za chwilę się spóźnimy! - niemal widziałem oczami wyobraźni jak rozgląda się dookoła lekko pochylając się do przodu i szuka mnie rozbieganym wzrokiem. Uśmiechnąłem się na tą myśl.
-Już jadę, spokojnie. - powiedziałem łapiąc lewą ręką za czarny krawat. - Muszę kończyć, za chwilę będę.
Spojrzałem w lustro owijając jednocześnie krawat wokół szyi. Jeden pas do przodu, drugi w prawo, przewiązać i już stałem gotowy do wyjścia. Przeczesałem dłonią ciemne włosy i ruszyłem do drzwi. Wziąłem kluczyki do samochodu i w końcu wyjechałem. Zatrzymałem się dopiero przed domem dziewczyny. Wszedłem do jej domu, przywitałem się z rodzicami i wymieniłem z nimi parę słów odnośnie balu i błyszczącej sukienki Hayden, która nawiasem mówiąc miała cudowny turkusowy kolor, który w hipnotyzujący sposób podkreślał kolor jej oczu. W końcu zostałem wypchnięty przez nią z domu. Już po paru minutach samochód stał na parkingu szkolnym, a my szliśmy w stronę ogromnej sali gimnastycznej, w której odbywał się bal jesienny.
-Pięknie dziś wyglądasz. - mruknąłem całując dziewczynę w policzek. Zaśmiała się lekko, ale nic nie odpowiedziała.
Bal się rozpoczął. Dziesiątki par tańczyły na środku sali. Pośród nich znajdowały się również osoby, które samotnie lawirowały w szalonym tańcu z wyimaginowanym partnerem, bądź partnerką. My na początku siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Uwielbiałem z nią gawędzić na jakikolwiek temat. Zawsze potrafiła powiedzieć jakąś błyskotliwą anegdotę, którą udawało się jej wygrać każdą dyskusję.
Opowiadała o swoich rodzicach, o wczorajszym spacerze, a nawet o prześlicznych trampkach, które widziała w sklepie. Ona mówiła, a ja jedynie wpatrywałem się w jej ogromne jasne oczy. W pewnym momencie wstałem i po prosiłem ją do tańca. Zgodziła się z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Była szczęśliwa. Ja również byłem szczęśliwy. Obracaliśmy się w rytm muzyki, najpierw szybko, a później powoli, kołysząc się na boki, kiedy z głośników rozbrzmiał spokojniejszy utwór. Położyła głowę na moim ramieniu. Wdychałem zapach jej włosów, radując się jednocześnie każdą chwilą z nią spędzoną. Była moją księżniczką, dla której starałem się być idealnym chłopakiem. Złożyłem delikatny pocałunek w zgięciu jej szyi. Zadrżała lekko i spojrzała na mnie. Na jej zarumienionej twarzy rozkwitał cudowny uśmiech. Pochyliłem się w jej stronę i już miałem ją pocałować, kiedy niespodziewanie obróciła się, zarzucając włosami. Pociągnęła mnie za sobą za rękę. Podążałem jej śladem, zastanawiając się jednocześnie, co wymyśliła tym razem. Wyszliśmy ze szkolnego korytarza na parking i już po chwili staliśmy przy moim samochodzie.
-O co chodzi skarbie? - zapytałem zdezorientowany.
-Wsiadaj, ja prowadzę. - odparła. Oczy jej błyszczały z podekscytowania.
Posłusznie usiadłem na miejscu pasażera. Ruszyliśmy. Postanowiłem przerwać ciszę, włączając radio, ale zanim moja ręka natrafiła na odpowiedni guzik, dziewczyna mnie zatrzymała i pokręciła lekko głową.
-Zachowajmy klimat. - szepnęła i znów jej wzrok utkwił wbity w drogę przed nami.
Przez parę minut wsłuchiwaliśmy się jedynie w cichy warkot silnika. Na zewnątrz było ciemno. Na bezchmurnym niebie widniał okrągły, niezwykle jasny księżyc. Pełnia.
Nagle rozbrzmiał dźwięk telefonu Hayden. Sięgnęła po komórkę, która po chwili wyślizgnęła się z jej dłoni i przesunęła się pod jej siedzenie, nadal dzwoniąc. Dziewczyna zaklęła cicho i pochyliła się, żeby wydobyć przedmiot z powrotem.
Wtedy wszystko stało się zbyt szybko. Przez przypadek przekręciła kierownicę ramieniem. Auto zakręciło się wokół własnej osi, a ja uderzyłem głową w okno. Coś trzasnęło, rozległ się głośny huk i przed moimi oczami pojawił się kalejdoskop kolorów i barw. Straciłem przytomność. Wszystko wokół nagle się zatrzymało w miejscu. Zaczęło się cofać i powracało od początku. Nagle ogarnęło mnie okropne zmęczenie. Niemoc. Ciemność.
Obudziłem się parę minut, albo i parę godzin później. Straciłem poczucie czasu. Miałem pozlepiane powieki przez jakąś lepką maź. Przetarłem je dłonią, odsłaniając dzięki temu widoczność. Spojrzałem w lewo i od razu tego pożałowałem. Siedziała tam Hayden. Jej piękna twarz pokryta była wieloma rozcięciami i krwią. Włosy częściowo pozlepiane były w rubinowej posoce. Jedna z jej rąk wygięta była w nienaturalnym kierunku. Wyłamana w łokciu, tworzyła literę V, tyle że w tą nieprawidłową stronę. Chciałem krzyczeć, płakać i ją ratować. Zrobić cokolwiek. Więc wyciągnąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem po pogotowie.
A potem wszystko nabrało czarnej barwy.
Odcienia rozpaczy.

środa, 10 lutego 2016

Zbyt różni... Zbyt podobni...

Zawsze z tyłu głowy mam myśl, że robię coś źle. Za bardzo się staram być taka jak inni. Upodabniam się do ludzi mnie otaczających, żeby udało im się mnie zaakceptować. Codziennie rano zakładam maskę, która chroni moją twarz przed bolesnymi uderzeniami zadawanymi przez najbliższe mi osoby. Praktycznie nawet jej nie zdejmuję.
Kiedyś stworzyłam sobie nową osobowość. Przez oddziaływanie otaczających mnie ludzi, stałam się szarą myszką, która boi się wszystkiego i woli się w ogóle nie odzywać. Dla dorosłych byłam wzorem do naśladowania - cicha, spokojna, uczynna... Dla rówieśników? Sztywna, nudna, nie warta uwagi...
Bolało.
Za każdym razem jak ktoś się ode mnie odwracał.
Za każdym razem jak słyszałam ludzi obgadujących mnie za plecami.
Za każdym razem jak rozmowy cichły kiedy podchodziłam.
Było więc coraz gorzej. Zamykałam się w sobie. Nikt jednak nie chciał wyciągnąć do mnie ręki i pomóc wyrwać się z ciemności, która z każdą chwilą gęstniała. Stopniowo zapadałam się we własnych myślach.
Beznadziejna.
Do niczego.
Głupia.
Idiotka.
Nikt
cię
nie chce
Słowa układały się w zdania, rozpadały się i znów łączyły w innej konfiguracji. Wielka plątanina myśli wybijała ponury rytm. Rzucała we mnie wyzwiskami. Nie pozwalała spać. Kazała tańczyć do własnej muzyki. Stworzyła moje własne alter ego.
Nie jestem już sama ze swoimi myślami. Operuję swoim życiem tak, jak gra moja druga wersja. Ona kieruje, ja wykonuję. Wszystko razem składa się na jedną osobę. Tą, którą przyjaciele widzą codziennie w szkole. Roześmianą nastolatkę. Dobrą uczennicę. Pomocną koleżankę. Szkoda, że nie widzą tego, co dzieje się później. Nie zauważają łez pojawiających się w oczach, które nie zostają wypuszczone na zewnątrz. Nie widzą smutku zakamuflowanego gdzieś głęboko w gestach i opadających delikatnie kącikach ust. Są na to ślepi. Wystarczy im prosty zarys wesołej dziewczyny, która nie ma żadnych zmartwień.
Bo prawda jest zbyt trudna.

Nocami często zastanawiam się, co by było teraz ze mną, gdybym w którymś momencie życia postąpiła inaczej. Czy byłabym teraz tą samą osobą? Czy znałabym tych samych ludzi? Czy potrafiłabym być inna?
Gdzie popełniłam błąd?
Tak wiele pytań, a odpowiedzi wciąż brakuje.

Noc mija, wskazówki zegara pędzą, wystukując pośpieszny rytm. Wyrównuję do nich oddech. Uspokajam się, ale sen nie nadchodzi. Czasem wydaje mi się, że się zbliża. Cicho stawia powolne kroki. Nie chce dać znać o swojej obecności. Muska mnie delikatnie po twarzy. Unieruchamia po kolei każdy skrawek ciała. Robi to tak lekko, że nawet nie zdaję sobie sprawy, kiedy ogarnia mój umysł. Wciska piękne obrazy, nie pozwala się obudzić, uciec od otaczającego szczęścia. Trzyma mocno w kleszczach swoich objęć. Wmawia słodkim głosem, że wszystko będzie w porządku. Przecież wszystko w końcu się ułoży. Daje poczucie chwilowego bezpieczeństwa i złudnej radości. Ukazuje cudowne wyobrażenie życia, a kiedy już udaje mu się wywołać we mnie pozytywne emocje, nagle rozluźnia uchwyt i powoli umyka. Nie daję tak łatwo za wygraną. Staram się go złapać w każdy możliwy sposób. Nie chcę wracać do rzeczywistości. A on znika. Tak po prostu rozpływa się w powietrzu, jak pękająca bańka mydlana. Porzuca mnie.
Dzwoni mi w uszach. Z trudem podnoszę powieki. Czuję zalegający pod nimi piasek. Z powrotem przymykam zmęczone oczy. Po głowie znów wirują w szalonym tańcu obrazy z pięknego snu, który mnie nawiedził. Mam ochotę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy to wszystko nie dzieje się przypadkiem na prawdę. Ale wtedy wszystko znika. Wiem, że dawne czasy już nie powrócą. On zapomniał. Nie chce wracać. Ja również muszę zacząć teraźniejszością. Wychodzę spod ciepłej kołdry. Obejmuję się ramionami, mimo że nie czuję zimna. Tylko smutek i żal. Wżynają się pod czaszkę i nie pozwalają myśleć. Zaciskają tylko paski utrzymujące szczęśliwą maskę. Przyklejam uśmiech do twarzy, opuchnięte oczy ukrywam pod makijażem i znów ruszam przed siebie. Muszę zmierzyć się ze swoim strachem i bólem. Muszę to przetrwać. Muszę znów być taka, jakiej mnie oczekują inni. Żyję właśnie dla nich.
Nie mogę ich zawieść.
Nie mogę...

sobota, 30 stycznia 2016

Zatracam się w nieważkości...

Czasem chciałabym, żeby ktoś mógł wejść do mojej głowy i poukładać ten cały bałagan, który tam się znajduje. Mógłby on również wskazać mi drogę, którą mam podążać. Zatrzymać mnie na parę chwil i powiedzieć co mam zrobić, by być lepszym. Spojrzałabym wtedy na swoje życie również z innej perspektywy. Poprawiłabym błędy.
Czemu to jest niemożliwe?
Dlaczego tym jedynym miejscem, w którym zawsze jestem sama jest moja własna głowa?
Ale wtedy przybywa osoba, która proponuje mi swoją pomoc. Widzi problem i chce mu zaradzić. Rozumie. Obiecuje, że nie zostawi. Postanawiam mu zaufać, otworzyć się i pokazać tą swoją gorszą stronę. Ukazać drugą twarz, której nie potrafię opanować. A on wtedy nie wytrzymuje. Odsuwa się. Najpierw powoli, pozwala mi zrozumieć, że go już niema, aż w końcu mówi te dwa słowa. Dwa słowa, które wdzierają się do mojej głowy i postanawiają wszystko ponownie wywrócić do góry nogami. "Zostańmy przyjaciółmi." Jedno "zostańmy przyjaciółmi" potrafi zmącić porządek, który tak misternie układałam przez ten cały czas. W momencie, kiedy chowam już ostatnią przykrą myśl do szafy, on wpada i rozrzuca wszystko dookoła. Nie zważa na to, że jestem obok. Po prostu mnie mija bez słowa. Odchodzi. Nie odwraca się.
Tworzy się wtedy we mnie wewnętrzny konflikt. Nie wiem co boli bardziej: złamane serce, czy może plątanina myśli utworzona w głowie. Nie mam pojęcia kiedy konkretnie stał się Kimś Więcej, ani kiedy stałam się Jedną z Wielu. Nie chcę wiedzieć. Poradzę sobie sama. Więc odwracam się od problemów, zamykam się w czterech ścianach mojego umysłu i postanawiam nie dopuścić do niego nikogo więcej. Zamykam się w sobie, a potem odpycham wszelkie myśli, uczucia i wspomnienia. Staję się lalką egzystującą w tym okrutnym świecie. Unoszę się gdzieś nad tym wszystkim. Jestem cieniem postaci, którą byłam kiedyś. Ona idzie, a ja staram się nie myśleć, patrzy w lustro, nie odzywam się, próbuje zasnąć, nie pozwalam jej na to. Nie pozwalam sobie. Nie pozwalam nam. Niszczę nas. Umieramy w powolnej agonii. Dzień pierwszy, drugi, trzeci, dziesiąty, osiemnasty... Przestaję liczyć. Ludzie przewijają się powoli przez moje życie. Dobijają się do otaczających mnie ścian. Próbują wyważyć drzwi. W końcu się poddają. Każdy po kolei. Ten nie dał rady, tamten lekko się poobijał, jeszcze inny znalazł inną. A mnie to nie rusza. Nic nie czuję. Jestem gdzieś nad tym wszystkim.
Kiedyś byłam wrażliwa. Kiedyś wszystkie emocje czułam pięć razy mocniej niż zezwala norma narzucona przez Matkę Naturę. Kiedyś cieszyłam się z każdego najmniejszego szczęścia jakie mnie spotkało. Kiedyś płakałam całe noce, kiedy ktoś mnie przezwał. Kiedyś pomagałam innym zanim w ogóle pomyślałam o tym, żeby pomyśleć też o sobie. Kiedyś byłam lubiana przez wielu ludzi. Kiedyś dawno minęło.
Pozostaje tu i teraz.
Czy tego chcę, czy nie.
Dlatego zbieram się w sobie. Otwieram oczy i przysięgam sobie, że dzisiaj będzie lepiej. Dzisiaj się podniosę, strzepię kurz zalegający na ubraniu i otworzę umysł. Pozwolę sobie czuć.
Wstaję więc z łóżka, uważając, żeby wylądować na prawej nodze. Oddycham głęboko parę razy. Przed oczami staje mi jego twarz. Ostatni raz. Odtrącam złudne obrazy i idę naprzód. Po prostu się poruszam. Grunt, to przesuwać się do przodu. W jakikolwiek sposób. Idąc bądź czołgając się.
Byle nie zostać w miejscu.
Czas zamknąć dawny rozdział
Czas zacząć żyć.


piątek, 8 stycznia 2016

Czujesz to #2

Nigdy nie zauważam tego, co dzieje się najbliżej mnie. Szukam wszystkiego daleko nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że najpiękniejsze rzeczy znajdują się tuż obok. To mnie gubi. Odrzuca gdzieś daleko i boleśnie strąca na ziemię. Próbuję się podnieść. Sama. Podpieram się wiotkimi ramionami i naprężam mięśnie, ale ogromny ciężar porażki nie daje mi wstać. Nie pozwala wyrwać się z rąk przygnębienia, które zaciskają się coraz mocniej i nie chcą puścić. Wtedy zaczyna mi brakować oddechu. Powietrze gęstnieje. Dławię się łzami. Nie chcę już tego. Ale nic nie mogę. Nic, oprócz trwania w miejscu i myślenia. Aż rozsadza mi głowę. Jedynie od środka. Kiedy już chcę dać za wygraną i się poddać, pojawia się On. Unosi mnie i powoli stawia na nogi. Sprawdza, czy nic mi nie jest. Nie pyta, czy może pomóc. Po prostu to robi. Składa mnie z powrotem, kawałek po kawałku. Nie pozwala mi ponownie się rozpaść. A potem trzyma w ramionach i głaszcze po głowie.
Czy jestem w niebie?
Tyle mi wystarczy
Żeby żyć.



Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Marne. Podkrążone oczy, blada twarz, przesuszone włosy. Humor również miał wiele do życzenia. Czułam się porządnie przeżuta i wypluta. Bolały mnie wszystkie mięśnie. I głowa. I serce.
Wyjęłam szybko telefon z tylnej kieszeni spodni, czując delikatną wibrację. Delikatnie się uśmiechnęłam widząc Jego imię. I wiadomość.
Czas wyłączyć myślenie. Zbliża się pora karmienia.
Miał rację. Jak zawsze.
Dochodziła ósma. Niedługo pierwsza lekcja.

Czasem czuję się jak jedna mała rybka pośród ogromnej ławicy otaczającej mnie z każdej strony. Szkoła była jak rafa koralowa. Z zewnątrz wydaje się ciekawa i zadbana, ale czasem znajdzie się rekin. Głodny rekin. Żywiący się cierpieniem innych. Chociażby Cindy. Wredna mała suka, która uważa się za pępek świata. Tak, nienawidziłam jej. Z wzajemnością.
Przeczesałam dłońmi włosy, zasłaniając jednocześnie twarz najbardziej, jak tylko się dało. Byłam niewidoczna. Nie ważna.
Widziałam spojrzenia nastolatków stojących przy ścianach. Uważali mnie za wariatkę. Myśleli, że jestem dziwna. Albo chora. Albo opętana. Bolało.
Oni wszyscy bali się do mnie podejść. Zawsze opuszczali wzrok pierwsi. Za każdym razem schodzili z drogi. Woleli ze mną nie zadzierać. Wszyscy oprócz Cindy. Podeszła do mnie, na tyle blisko, żebym poczuła jej cholernie drogie perfumy. Od ostrego zapachu zakręciło mi się w głowie. Nie miałam ochoty na kolejną zniewagę. Przepchnęłam się szybko obok niej i pomknęłam dalej korytarzem. Słyszałam jak powiedziała coś do grupki dziewczyn stojących za nią. Tamte cicho zachichotały. Czułam ich wzrok na swoich plecach.

Moje łzy wydają się szkarłatne.
To nie łzy, odłóż żyletkę.

Wiadomości od Jorge'a czasem mnie przerażają...