Spoglądam
wciąż pod własne nogi. Głowę mam opuszczoną. Włosy zakrywają moją twarz. Nie
pozwalają innym na jakikolwiek kontakt wzrokowy. Słyszę za sobą kroki dwóch
ciężkich par butów. Ja na swoich nogach miałam jedynie porozrywane brudne
trampki, które kiedyś były białe, a teraz ich kolor przypominał raczej odcień
pomarańczu połączonego z ciemnoszarą barwą.
W pewnym momencie czuję mocne
szturchnięcie czymś twardym w prawe ramię. Od razu przeszywa mnie palący ból na
całej długości ręki. Krzywię się nieznacznie, odchylając jednocześnie głowę
odrobinę do tyłu.
-Pospiesz się. – słyszę ciche
warknięcie barczystego mężczyzny maszerującego tuż za mną. Jego towarzysz
jeszcze nie odezwał się ani razu w ciągu przebytej drogi. Mam ogromną ochotę
odwrócić się i przywitać ich twarze z moją pięścią, ale wiem, że moje szanse na
spełnienie tego planu i uniknięcie konsekwencji jest niemożliwe. Muszę
wytrzymać takie traktowanie. Będę musiała je wytrzymać w najbliższym czasie.
Albo na zawsze.
Strzepuję posklejane kosmyki włosów
z twarzy lekkim ruchem głowy. Ręce mam skrępowane za plecami plastikowymi
kajdankami. Czuję się jak bezwartościowe zwierzę prowadzone na rzeź. Mimo to
nie jestem zestresowana. Rozglądam się dookoła. Idziemy nieskazitelnie białym
korytarzem z zaokrąglonymi ścianami. Podłoga jest zbudowana z szarych szerokich
płyt. Wszystko wygląda dokładnie tak jak to zapamiętałam. Tak samo czyste, tak
samo sterylne, tak samo przerażające. Mijający nas ludzie są ubrani w białe
fartuchy sięgające za kolana, garnitury, bądź też elastyczne czarne kostiumy
przylegające do ciała. Wszyscy wyglądają elegancko, ale również niebezpiecznie.
Czasem zauważam niewielkie elementy, których nie widziałam podczas mojego
ostatniego pobytu w tym miejscu: niewielkie roboty, miejące wysokość nie
większą niż do ludzkiego kolana, które czyszczą najmniejsze zabrudzenia;
maszyny przypominające kształtem potężnego mężczyznę, które wydają się pilnować
ogólnego porządku; a także przeważającą liczbę
kobiet, zmierzających w nieznanych mi kierunkach. W ubiorze przypominają
one mężczyzn. Niektóre z nich mają włosy obcięte na jeża i z ledwością daje się
je odróżnić od płci przeciwnej.
Nagle przede mną wyrosły ogromne
metalowe drzwi, do których dostępu broni niewielki czytnik kart ID. Jeden z
moich „ochraniarzy” przeciąga swoją plakietkę przez skaner i po chwili wrota
rozsuwają się, nie wydając przy tym niemal żadnego dźwięku. Ponownie zostaję
popchnięta na przód wprost do obszernego, równie białego jak korytarz pokoju.
Na jego samym środku znajduje się duży szklany stół z matowymi nogami, przy
którym stoją krzesła w perłowym kolorze. Mimo, że nie widzę wokoło żadnych
lamp, w pomieszczeniu jest tak jasno, że muszę mrużyć oczy, żeby cokolwiek
ujrzeć. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, kto siedzi na jasnym krześle
znajdującym się najdalej od wejścia. Dostrzegam czuprynę ciemnych włosów, które
są już poprzetykane siwizną, pomarszczone czoło, grube ciemne brwi, kobaltowe
oczy, które mogłyby jednym spojrzeniem przeszyć człowieka na wskroś, orli nos,
wąskie usta oraz lekko wysunięty podbródek. Wszędzie poznałabym tą twarz. Znam
ją aż zbyt dobrze.
-Jaqueline Victoria Burch. – słyszę głęboki męski głos, jest on tak spokojny, zdystansowany i znajomy, że
na mojej twarzy mimo wszelkich starań pojawia się krzywy uśmiech. Unioszę podbródek ku górze i odrzucam włosy do tyłu. Jestem gotowa na tą konfrontację.
– A więc znów się spotykamy. Po tylu latach postanowiłaś w końcu do nas wrócić.
Lekki uśmiech, w którym były wygięte
moje usta momentalnie zamienia się w grymas niezadowolenia. Mam ochotę na
niego splunąć. Jestem jednak zbyt daleko, żeby to zrobić. Poza tym za moimi
plecami nadal stoi dwoje ochroniarzy.
-Skoro już raczysz nas swoją
obecnością, to równie dobrze możesz usiąść ze mną przy tym stole i przy kolacji
opowiedzieć mi o swoich doczesnych osiągnięciach. – mężczyzna mówi to wszystko
tak swobodnie, jakby od naszego ostatniego spotkania minęło zaledwie parę
godzin, a nie sześć lat.
Jeden z konwojentów szturcha mnie w
plecy, żebym ruszyła naprzód. Robię więc parę kroków i siadam przy najbliżej
znajdującym się krześle. Jego powierzchnia jest niezwykle gładka i zimna.
Wzdrygam się delikatnie, kiedy czuję jego chłód na swojej skórze. Podnoszę
wzrok, żeby spojrzeć na rozmówcę. Widzę jak machnięciem ręki odprawia dwoje
mężczyzn.
-Panowie
mogą już iść. – oznajmia – Muszę porozmawiać na osobności z panną Burch.
Słyszę ich równy marsz, którego rytm
wyznaczał roznoszący się po całym pokoju dźwięk uderzanych podeszw ciężkich
butów. Drzwi zostają zamknięte z cichym kliknięciem i jestem sam na sam z
Jacobem Wardem w jednym ogromnym, niezwykle jasnym pomieszczeniu. Po chwili
jednak w drzwiach stają dwie krągłe kobiety ubrane w białe fartuchy z szerokimi
półmiskami w rękach. Jeden z nich kładą tuż przede mną, nawet na mnie nie
spoglądając, a drugi przed Wardem. Podnoszę metalową pokrywkę i wnet do moich nozdrzy
wdziera się kuszący zapach sosu grzybowego, którym jest zalana średniej
wielkości górka utworzona ze świeżego, jeszcze parującego ryżu. Czuję jak w
moich ustach zbiera się ślina, a brzuch zaczyna cicho burczeć. Nawet nie
zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jak bardzo jestem głodna. Szybkim
ruchem łapię sztućce leżące po obu stronach talerza i wpycham w siebie całą
jego zawartość. W połowie posiłku dopiero zdaję sobie z tego sprawę jak musi to
wyglądać z perspektywy Warda. Momentalnie się opanowuję i prostuję plecy.
Spoglądam na mężczyznę który podśmiewa się cicho pod nosem przypatrując się
moim poczynaniom. Moje policzki momentalnie się stają się różowe ze wstydu.
-Skoro już udało ci się oderwać od
tego pysznego posiłku, może zechcesz w końcu zaspokoić moją ciekawość i
opowiedzieć mi całą tą historię? – zapytał z rozbawieniem w oczach.
-Czemu niby miałabym zdradzać ci
szczegóły z czasu mojej wolności? – nie mam zamiaru mu ufać. Jest moim wrogiem.
-Ponieważ jestem ciekawy. Poza tym
jesteś pod moim dachem i właśnie zjadłaś moje jedzenie, które postanowiłem ci
podarować z czystej dobroci serca… - nie dałam mu dokończyć, parskając
śmiechem.
-Ty i dobroć serca? Nie ośmieszaj
się. – warknęłam.
Mężczyzna tylko się uśmiechnął i
pokręcił głową, jakbym była jedynie małym dzieckiem, które kolejny raz pomyliło
się w najprostszym działaniu matematycznym.
-Och Jaquie... - mruknął nadal
kręcąc lekko głową.
Nagle poczułam jakbym spadała w dół.
Tak, jak gdyby coś ciągnęło mnie w nieznanym mi kierunku za ciekną,
niewidzialną nić, która jest przywiązana do mojego brzucha. Świat po prostu
zaczął kołować wokół mnie, albo to ja obracam się wokół własnej osi.
Poszczególne rzeczy stają się rozmazane, a barwy łączą się ze sobą w
kalejdoskop. Lecę, nie czując żadnego oporu powietrza. Wciąż nie upadam, mimo
że wiem, że jest to nieuniknione. Aż wszystko się zatrzymuje. Ciemność ustępuje
pojawiającym się kolorom, chaos przechodzi w ciszę, a ja widzę młodszą wersję
siebie, biegnącą białym okrągłym korytarzem. Przez moment nie wierzę własnym
oczom i przecieram je dłońmi, ale poruszająca się zjawa wciąż nie znika. Nie
zostaje mi więc nic innego, tylko ruszyć za dziewczynką. Brunetka mija
ochroniarzy i wielu naukowców w jasnych kitlach. Ma na sobie ubrany fioletowy
kombinezon stworzony z oddychającej tkaniny. Po paru metrach przypominam sobie
łudząco podobne wydarzenie. Wtedy dochodzi do mnie czego właśnie doświadczam.
Swojego własnego wspomnienia. Tego konkretnego wspomnienia, które miało zaważyć
na resztę mojego życia. Dziecko dobiega do końca korytarza i wpada do gabinetu
Warda. Mężczyzna odwraca się od śnieżnobiałej ściany i podchodzi do
dziewczynki. Mała jeszcze nie wie co ją czeka. Jest uśmiechnięta od ucha do
ucha, jej oczy błyszczą, a policzki są zaróżowione. Wtedy Ward pochyla się nad
nią i wymierza jej siarczyste uderzenie w policzek. Odruchowo łapię się za
własną twarz, niemal czując ten ból i zażenowanie. To nie był pierwszy raz,
kiedy mężczyzna w przypływie emocji posuwał się do kar cielesnych. Wcześniej
zdarzało się to jednak rzadko. Niemniej nikt nigdy nie spodziewał się żadnego z
tych wybuchów. Tego dnia rozpoczęła się ostra dyscyplina i ciężkie kary za
niesubordynację. A miałam wtedy jedynie dziesięć lat.
-Miałaś się nie spóźniać – głos
Warda nie przypominał już spokojnego śpiewu. Był raczej podobny do ryku
rozwścieczonego lwa. On cały w tym momencie przypominał rozeźlone dzikie
zwierzę, do którego najlepiej się nie zbliżać, bo każda konfrontacja może
zakończyć się tragicznie.
Dziewczynka schowała twarz w
dłoniach i zaczęła cicho łkać. Nie była przyzwyczajona do jego wybuchów.
-I czego jeszcze ryczysz dzieciaku?!
– warknął. – Ogarnij się! Chociaż raz bądź warta miana mojej uczennicy! Choć
raz nie bądź do niczego, ty głupia mała… - urwał, żeby nabrać powietrza, albo
żeby zastanowić się nad najlepszym określeniem – …nieudacznico! – dokończył.
Dziewczynka wybiegła z pokoju,
ocierając przy tym potok łez cieknących po jej policzkach. Nie chciała tego
słuchać. Nie chciała, żeby jedyna osoba, na której jej w życiu zależało, ją tak
nazywała. Nie chciała być tą najgorszą.
-Oczywiście! Uciekaj, jak zwykle!
Nie nadajesz się na miano mojego żołnierza! – słyszała wrzaski Warda, które
cichły z każdym krokiem. Musiała się od nich uwolnić. Wtedy właśnie po raz
pierwszy bez odgórnego pozwolenia udała się na powierzchnię. W stronę wolności.
Wspomnienie nagle zaczęło się
kruszyć, jakby było jedynie cienką warstwą szkła, która została rozbita na
niewielkie kawałki. Kolory zbledły, a cisza zamieniła się w szum, który wydawał
się niszczyć bębenki. Otworzyłam oczy, a przede mną znów znajdował się
przezroczysty stół i o dziewięć lat starszy Ward.
-Och Jaquie… Wbrew pozorom nie
jestem taki okrutny, jakim mnie widzisz. Nie pamiętasz tych lat, kiedy
widziałaś we mnie ojca? Byłem twoim autorytetem. Pragnęłaś mnie naśladować, być
taka jak ja. – mruknął cicho, patrząc mi prosto w oczy.
Skrzywiłam się. Oczywiście, że to pamiętam.
Nie oznacza to jednak tego, że nie uważam tego za szczyt głupoty. Po tym co
przeżyłam nigdy nie będę chciała być taka jak on.
-Czemu trzymasz mnie przy życiu? –
zapytałam, żeby zmienić temat przy okazji powróciłam do jedzenia.
-Jesteś niezwykle ważną osobą w moim
życiu. Jakże mógłbym doprowadzić do twojej śmierci? Skoro już o tym mowa,
dzisiaj tak jak i również w kolejnych dniach wieczorami i rano będzie do ciebie
przychodziła jedna z najlepszych uzdrowicielek, żeby opatrzyć twoje rany na
przedramionach. Zrobienie tak wielu głębokich cięć było bardzo głupie i
niebezpieczne, niemniej jednak jestem pełen podziwu, że się na to odważyłaś.
Najwidoczniej moja praca z tobą nie poszła na marne. Wychowałem bezwzględną i
niezwykle brawurową wojowniczkę. - słysząc to miam ochotę splunąć na podłogę,
ale jednocześnie gdzieś bardzo głęboko w sercu czuję dziwne ciepło, jak gdyby ktoś
rozlał tam gorącą wodę, nie obawiając się o oparzenia – A teraz możesz iść do
swojego pokoju. Odprowadzi cię dwoje straży, którzy również będą stali pod
twoimi drzwiami. Jak zawsze najważniejsze jest bezpieczeństwo. Twoje, ale
również reszty mieszkańców. Dziękuję ci za rozmowę, do widzenia. – po wypowiedzeniu
ostatnich słów mężczyzna się odwraca i wychodzi przez niemal niewidoczne
rozsuwane, niewielkie drzwi, znajdujące się po drugiej stronie pokoju.
Niecałą minutę później do
pomieszczenia wkraczają moi stróżowie. Łapią mnie pod ramiona, unoszą z krzesła
i stawiają na ziemi. A więc doszło do tego, czego obawiałam się od zawsze.
Zostałam więźniem. Zbiegiem, którego należy ukarać odosobnieniem od reszty
społeczności. Niemal czuję na sobie wzrok mijanych przeze mnie ludzi. Czasem
wydaje mi się, że potrafię usłyszeć ich myśli: „Zobaczcie, to ta, która uciekła
sześć lat temu. Opuściła swój dom i zdziczała. Lepiej niech wszyscy trzymają
się z daleka.”. Możliwe, że to jest jedynie stworzone przez moją wyobraźnię,
ale wydaje mi się, że niektórzy idąc obok mnie odsuwają się najdalej jak tylko
się da. Czuję się podle. Nędzna więźniarka. Nieudacznica.





