piątek, 15 kwietnia 2016

Revenge #1

Spoglądam wciąż pod własne nogi. Głowę mam opuszczoną. Włosy zakrywają moją twarz. Nie pozwalają innym na jakikolwiek kontakt wzrokowy. Słyszę za sobą kroki dwóch ciężkich par butów. Ja na swoich nogach miałam jedynie porozrywane brudne trampki, które kiedyś były białe, a teraz ich kolor przypominał raczej odcień pomarańczu połączonego z ciemnoszarą barwą.
            W pewnym momencie czuję mocne szturchnięcie czymś twardym w prawe ramię. Od razu przeszywa mnie palący ból na całej długości ręki. Krzywię się nieznacznie, odchylając jednocześnie głowę odrobinę do tyłu.
            -Pospiesz się. – słyszę ciche warknięcie barczystego mężczyzny maszerującego tuż za mną. Jego towarzysz jeszcze nie odezwał się ani razu w ciągu przebytej drogi. Mam ogromną ochotę odwrócić się i przywitać ich twarze z moją pięścią, ale wiem, że moje szanse na spełnienie tego planu i uniknięcie konsekwencji jest niemożliwe. Muszę wytrzymać takie traktowanie. Będę musiała je wytrzymać w najbliższym czasie. Albo na zawsze.
            Strzepuję posklejane kosmyki włosów z twarzy lekkim ruchem głowy. Ręce mam skrępowane za plecami plastikowymi kajdankami. Czuję się jak bezwartościowe zwierzę prowadzone na rzeź. Mimo to nie jestem zestresowana. Rozglądam się dookoła. Idziemy nieskazitelnie białym korytarzem z zaokrąglonymi ścianami. Podłoga jest zbudowana z szarych szerokich płyt. Wszystko wygląda dokładnie tak jak to zapamiętałam. Tak samo czyste, tak samo sterylne, tak samo przerażające. Mijający nas ludzie są ubrani w białe fartuchy sięgające za kolana, garnitury, bądź też elastyczne czarne kostiumy przylegające do ciała. Wszyscy wyglądają elegancko, ale również niebezpiecznie. Czasem zauważam niewielkie elementy, których nie widziałam podczas mojego ostatniego pobytu w tym miejscu: niewielkie roboty, miejące wysokość nie większą niż do ludzkiego kolana, które czyszczą najmniejsze zabrudzenia; maszyny przypominające kształtem potężnego mężczyznę, które wydają się pilnować ogólnego porządku; a także przeważającą liczbę  kobiet, zmierzających w nieznanych mi kierunkach. W ubiorze przypominają one mężczyzn. Niektóre z nich mają włosy obcięte na jeża i z ledwością daje się je odróżnić od płci przeciwnej.
            Nagle przede mną wyrosły ogromne metalowe drzwi, do których dostępu broni niewielki czytnik kart ID. Jeden z moich „ochraniarzy” przeciąga swoją plakietkę przez skaner i po chwili wrota rozsuwają się, nie wydając przy tym niemal żadnego dźwięku. Ponownie zostaję popchnięta na przód wprost do obszernego, równie białego jak korytarz pokoju. Na jego samym środku znajduje się duży szklany stół z matowymi nogami, przy którym stoją krzesła w perłowym kolorze. Mimo, że nie widzę wokoło żadnych lamp, w pomieszczeniu jest tak jasno, że muszę mrużyć oczy, żeby cokolwiek ujrzeć. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, kto siedzi na jasnym krześle znajdującym się najdalej od wejścia. Dostrzegam czuprynę ciemnych włosów, które są już poprzetykane siwizną, pomarszczone czoło, grube ciemne brwi, kobaltowe oczy, które mogłyby jednym spojrzeniem przeszyć człowieka na wskroś, orli nos, wąskie usta oraz lekko wysunięty podbródek. Wszędzie poznałabym tą twarz. Znam ją aż zbyt dobrze.
            -Jaqueline Victoria Burch. – słyszę głęboki męski głos, jest on tak spokojny, zdystansowany i znajomy, że na mojej twarzy mimo wszelkich starań pojawia się krzywy uśmiech. Unioszę podbródek ku górze i odrzucam włosy do tyłu. Jestem gotowa na tą konfrontację. – A więc znów się spotykamy. Po tylu latach postanowiłaś w końcu do nas wrócić.
            Lekki uśmiech, w którym były wygięte moje usta momentalnie zamienia się w grymas niezadowolenia. Mam ochotę na niego splunąć. Jestem jednak zbyt daleko, żeby to zrobić. Poza tym za moimi plecami nadal stoi dwoje ochroniarzy.
            -Skoro już raczysz nas swoją obecnością, to równie dobrze możesz usiąść ze mną przy tym stole i przy kolacji opowiedzieć mi o swoich doczesnych osiągnięciach. – mężczyzna mówi to wszystko tak swobodnie, jakby od naszego ostatniego spotkania minęło zaledwie parę godzin, a nie sześć lat.
            Jeden z konwojentów szturcha mnie w plecy, żebym ruszyła naprzód. Robię więc parę kroków i siadam przy najbliżej znajdującym się krześle. Jego powierzchnia jest niezwykle gładka i zimna. Wzdrygam się delikatnie, kiedy czuję jego chłód na swojej skórze. Podnoszę wzrok, żeby spojrzeć na rozmówcę. Widzę jak machnięciem ręki odprawia dwoje mężczyzn.
            -Panowie mogą już iść. – oznajmia – Muszę porozmawiać na osobności z panną Burch.
            Słyszę ich równy marsz, którego rytm wyznaczał roznoszący się po całym pokoju dźwięk uderzanych podeszw ciężkich butów. Drzwi zostają zamknięte z cichym kliknięciem i jestem sam na sam z Jacobem Wardem w jednym ogromnym, niezwykle jasnym pomieszczeniu. Po chwili jednak w drzwiach stają dwie krągłe kobiety ubrane w białe fartuchy z szerokimi półmiskami w rękach. Jeden z nich kładą tuż przede mną, nawet na mnie nie spoglądając, a drugi przed Wardem. Podnoszę metalową pokrywkę i wnet do moich nozdrzy wdziera się kuszący zapach sosu grzybowego, którym jest zalana średniej wielkości górka utworzona ze świeżego, jeszcze parującego ryżu. Czuję jak w moich ustach zbiera się ślina, a brzuch zaczyna cicho burczeć. Nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jak bardzo jestem głodna. Szybkim ruchem łapię sztućce leżące po obu stronach talerza i wpycham w siebie całą jego zawartość. W połowie posiłku dopiero zdaję sobie z tego sprawę jak musi to wyglądać z perspektywy Warda. Momentalnie się opanowuję i prostuję plecy. Spoglądam na mężczyznę który podśmiewa się cicho pod nosem przypatrując się moim poczynaniom. Moje policzki momentalnie się stają się różowe ze wstydu.
            -Skoro już udało ci się oderwać od tego pysznego posiłku, może zechcesz w końcu zaspokoić moją ciekawość i opowiedzieć mi całą tą historię? – zapytał z rozbawieniem w oczach.
            -Czemu niby miałabym zdradzać ci szczegóły z czasu mojej wolności? – nie mam zamiaru mu ufać. Jest moim wrogiem.
            -Ponieważ jestem ciekawy. Poza tym jesteś pod moim dachem i właśnie zjadłaś moje jedzenie, które postanowiłem ci podarować z czystej dobroci serca… - nie dałam mu dokończyć, parskając śmiechem.
            -Ty i dobroć serca? Nie ośmieszaj się. – warknęłam.
            Mężczyzna tylko się uśmiechnął i pokręcił głową, jakbym była jedynie małym dzieckiem, które kolejny raz pomyliło się w najprostszym działaniu matematycznym.
            -Och Jaquie... - mruknął nadal kręcąc lekko głową.
            Nagle poczułam jakbym spadała w dół. Tak, jak gdyby coś ciągnęło mnie w nieznanym mi kierunku za ciekną, niewidzialną nić, która jest przywiązana do mojego brzucha. Świat po prostu zaczął kołować wokół mnie, albo to ja obracam się wokół własnej osi. Poszczególne rzeczy stają się rozmazane, a barwy łączą się ze sobą w kalejdoskop. Lecę, nie czując żadnego oporu powietrza. Wciąż nie upadam, mimo że wiem, że jest to nieuniknione. Aż wszystko się zatrzymuje. Ciemność ustępuje pojawiającym się kolorom, chaos przechodzi w ciszę, a ja widzę młodszą wersję siebie, biegnącą białym okrągłym korytarzem. Przez moment nie wierzę własnym oczom i przecieram je dłońmi, ale poruszająca się zjawa wciąż nie znika. Nie zostaje mi więc nic innego, tylko ruszyć za dziewczynką. Brunetka mija ochroniarzy i wielu naukowców w jasnych kitlach. Ma na sobie ubrany fioletowy kombinezon stworzony z oddychającej tkaniny. Po paru metrach przypominam sobie łudząco podobne wydarzenie. Wtedy dochodzi do mnie czego właśnie doświadczam. Swojego własnego wspomnienia. Tego konkretnego wspomnienia, które miało zaważyć na resztę mojego życia. Dziecko dobiega do końca korytarza i wpada do gabinetu Warda. Mężczyzna odwraca się od śnieżnobiałej ściany i podchodzi do dziewczynki. Mała jeszcze nie wie co ją czeka. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, jej oczy błyszczą, a policzki są zaróżowione. Wtedy Ward pochyla się nad nią i wymierza jej siarczyste uderzenie w policzek. Odruchowo łapię się za własną twarz, niemal czując ten ból i zażenowanie. To nie był pierwszy raz, kiedy mężczyzna w przypływie emocji posuwał się do kar cielesnych. Wcześniej zdarzało się to jednak rzadko. Niemniej nikt nigdy nie spodziewał się żadnego z tych wybuchów. Tego dnia rozpoczęła się ostra dyscyplina i ciężkie kary za niesubordynację. A miałam wtedy jedynie dziesięć lat.
            -Miałaś się nie spóźniać – głos Warda nie przypominał już spokojnego śpiewu. Był raczej podobny do ryku rozwścieczonego lwa. On cały w tym momencie przypominał rozeźlone dzikie zwierzę, do którego najlepiej się nie zbliżać, bo każda konfrontacja może zakończyć się tragicznie.
            Dziewczynka schowała twarz w dłoniach i zaczęła cicho łkać. Nie była przyzwyczajona do jego wybuchów.
            -I czego jeszcze ryczysz dzieciaku?! – warknął. – Ogarnij się! Chociaż raz bądź warta miana mojej uczennicy! Choć raz nie bądź do niczego, ty głupia mała… - urwał, żeby nabrać powietrza, albo żeby zastanowić się nad najlepszym określeniem – …nieudacznico! – dokończył.
            Dziewczynka wybiegła z pokoju, ocierając przy tym potok łez cieknących po jej policzkach. Nie chciała tego słuchać. Nie chciała, żeby jedyna osoba, na której jej w życiu zależało, ją tak nazywała. Nie chciała być tą najgorszą.
            -Oczywiście! Uciekaj, jak zwykle! Nie nadajesz się na miano mojego żołnierza! – słyszała wrzaski Warda, które cichły z każdym krokiem. Musiała się od nich uwolnić. Wtedy właśnie po raz pierwszy bez odgórnego pozwolenia udała się na powierzchnię. W stronę wolności.
            Wspomnienie nagle zaczęło się kruszyć, jakby było jedynie cienką warstwą szkła, która została rozbita na niewielkie kawałki. Kolory zbledły, a cisza zamieniła się w szum, który wydawał się niszczyć bębenki. Otworzyłam oczy, a przede mną znów znajdował się przezroczysty stół i o dziewięć lat starszy Ward.
            -Och Jaquie… Wbrew pozorom nie jestem taki okrutny, jakim mnie widzisz. Nie pamiętasz tych lat, kiedy widziałaś we mnie ojca? Byłem twoim autorytetem. Pragnęłaś mnie naśladować, być taka jak ja. – mruknął cicho, patrząc mi prosto w oczy.
            Skrzywiłam się. Oczywiście, że to pamiętam. Nie oznacza to jednak tego, że nie uważam tego za szczyt głupoty. Po tym co przeżyłam nigdy nie będę chciała być taka jak on.
            -Czemu trzymasz mnie przy życiu? – zapytałam, żeby zmienić temat przy okazji powróciłam do jedzenia.
            -Jesteś niezwykle ważną osobą w moim życiu. Jakże mógłbym doprowadzić do twojej śmierci? Skoro już o tym mowa, dzisiaj tak jak i również w kolejnych dniach wieczorami i rano będzie do ciebie przychodziła jedna z najlepszych uzdrowicielek, żeby opatrzyć twoje rany na przedramionach. Zrobienie tak wielu głębokich cięć było bardzo głupie i niebezpieczne, niemniej jednak jestem pełen podziwu, że się na to odważyłaś. Najwidoczniej moja praca z tobą nie poszła na marne. Wychowałem bezwzględną i niezwykle brawurową wojowniczkę. - słysząc to miam ochotę splunąć na podłogę, ale jednocześnie gdzieś bardzo głęboko w sercu czuję dziwne ciepło, jak gdyby ktoś rozlał tam gorącą wodę, nie obawiając się o oparzenia – A teraz możesz iść do swojego pokoju. Odprowadzi cię dwoje straży, którzy również będą stali pod twoimi drzwiami. Jak zawsze najważniejsze jest bezpieczeństwo. Twoje, ale również reszty mieszkańców. Dziękuję ci za rozmowę, do widzenia. – po wypowiedzeniu ostatnich słów mężczyzna się odwraca i wychodzi przez niemal niewidoczne rozsuwane, niewielkie drzwi, znajdujące się po drugiej stronie pokoju.

            Niecałą minutę później do pomieszczenia wkraczają moi stróżowie. Łapią mnie pod ramiona, unoszą z krzesła i stawiają na ziemi. A więc doszło do tego, czego obawiałam się od zawsze. Zostałam więźniem. Zbiegiem, którego należy ukarać odosobnieniem od reszty społeczności. Niemal czuję na sobie wzrok mijanych przeze mnie ludzi. Czasem wydaje mi się, że potrafię usłyszeć ich myśli: „Zobaczcie, to ta, która uciekła sześć lat temu. Opuściła swój dom i zdziczała. Lepiej niech wszyscy trzymają się z daleka.”. Możliwe, że to jest jedynie stworzone przez moją wyobraźnię, ale wydaje mi się, że niektórzy idąc obok mnie odsuwają się najdalej jak tylko się da. Czuję się podle. Nędzna więźniarka. Nieudacznica.


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Revenge #0

Dokładnie wiem co się stało. Widzę w mojej głowie setki nici połączonych w jeden ogromny, trójwymiarowy obraz. Piękne i niesamowite dzieło, którego nie da się opisać zwyczajnymi słowami śmiertelników. Nie da się go prawidłowo rozrysować na kartce papieru, ani stworzyć modelu w żadnym znanym temu światu programie komputerowym. To jest zbyt idealne. Znalazł się tam jednak jeden błąd. Jedyny niewinny ubytek, który teraz rani moje wewnętrzne oko. Roznieca ogień wewnątrz mojego umysłu. Nie jestem zła. Jestem wściekła. Na siebie, na nędznego człowieka, który spowodował tą sromotną porażkę, na wścibskich policjantów, którzy wkładają swoje długie, krzywe nosy w nieswoje sprawy, na kobietę, która na mnie doniosła… Jestem pełna furii.
            Rozglądam się dookoła. Wiem, że za chwilę po mnie przyjdą. Zabiorą mnie. Nie będę mogła ukończyć tego zadania. Patrzę w stronę okna. Ucieczka nic nie da. I tak w końcu mnie znajdą. Chociaż… kto wie, może są tak wielkimi idiotami, na jakich wyglądają. Podchodzę do okna, ciągnę za klamkę parę razy, ale nic to nie daje. Jest zatrzaśnięte. Nie dam rady uciec. Nie w ten sposób. Muszę wymyślić coś innego. Coś bardziej efektownego. Coś, czego się nie spodziewają.
            Idę szybkim krokiem w stronę łazienki. Przez przypadek uderzam w szafkę stojącą przy ścianie w korytarzu. Na ziemię spada niewielka szklana kula i roztrzaskuje się na malutkie kawałeczki. Przeklinam cicho w duchu na widok licznych białych drobinek zmieszanych z odłamkami szkła i przezroczystym płynem rozlanym po całym pomieszczeniu. Wtedy przypominam sobie, że mam coraz mniej czasu. Idę więc dalej. Właścicielka tego mieszkania i tak nie będzie już miała możliwości rozpaczać nad zniszczoną ozdobą. Kąciki moich ust delikatnie się podnoszą na myśl przerażonych oczu blondwłosej kobiety w ostatnich minutach jej nędznego życia. Wiedziała, że nie ma ze mną szans. Rozumiała, że dołączy do całej reszty. Nawet już się nie broniła, po prostu poddała się mi bez jakiejkolwiek walki. Była odważna. Albo głupia.
            Spoglądam na starodawny zegarek z kukułką zawieszony nad drewnianym stołem. Krótsza wskazówka zbliżała się powolnym ruchem do wykaligrafowanej czarną czcionką piątki. Krew zaczynała wrzeć mi w żyłach. To dobrze.
            Będąc już w łazience otwieram pierwszą szafkę, jaka wisi obok lustra, po mojej prawej stronie. Znajduję tam paczkę nieużywanych ostrzy do golenia. Rozrywam więc papier i wyciągam jedno z nich. Trzymając je zaciśnięte w dłoni zwiniętej w pięść, siadam na podłodze, opierając plecy o ścianę nieskazitelnie białej wanny. Z ledwo dostrzegalnym uśmiechem zaczynam oglądać dookoła ostrze. Jest już delikatnie ubrudzone od rdzawo czerwonej krwi. Musiałam się przez przypadek przeciąć, trzymając je w ręce. Zakasuję więc rękawy na wysokość łokci i przykładam nożyk do spodniej części nadgarstka. Żyły tworzą tam granatową siatkę osadzoną na jasnej skórze. Przesuwam powoli ostrze przyciskając je na początku delikatnie. Chcę chociaż przez chwilę móc rozkoszować się kłującym bólem, który z każdą mijającą sekundą stępia moje zmysły. Moje oczy na moment stają się wilgotne. Niemal od razu czuję jak gorąca, rubinowa posoka zaczęła przeciekać mi między palcami. Przeszedł mnie jeden samotny dreszcz, kiedy głuchą ciszę przeciął cichy dźwięk kropli uderzającej o jasne kafelki. Rany na rękach zaczynają się robić coraz głębsze. Przypominają drabinę pełną spływającej krwi. Delektuję się tym widokiem. Co parę minut przed oczami widzę jedynie ciemną mgłę, ale gdy tylko powracam do pełni umysłu, na drugim nadgarstku tworzą się nowe krwawe zagłębienia. W pewnym momencie, kiedy całe spodnie miałam przemoczone od czerwonej cieczy, a wokół mimo to rozlana była dość duża kałuża, nie miałam już siły, żeby po raz kolejny unieść dłoni dzierżącej kawałek naostrzonego metalu skąpanego we krwi, oparłam głowę o ścianę wanny. Ostatnie minuty życia powinny być ekscytujące, godne do zapamiętania przez przyszłe pokolenia. Na pewno nie tak wyobrażałam sobie śmierć. Nigdy bym nie pomyślała, że będę tak zwyczajnie na nią czekać w zbyt białej łazience w zbyt czystym domu jednej z moich ofiar. Wiem chociaż jedno. Zginę z najodpowiedniejszych rąk. Swoich własnych.
            Ciemność przyszła tak niespodziewanie, że nie zdążyłam się nawet jej oprzeć. Moje ręce i nogi po prostu stały się sztywne. Niemal czułam jak stygły z każdą kroplą wypływającej krwi. Może i nie wykonałam zadania, ale wygrałam tą walkę. Przynajmniej nie wezmą mnie żywcem. To już coś. Dla mnie to już wszystko. Koniec.

            Wtedy oślepiło mnie nagłe światło. Uchyliłam minimalnie powieki. Nie mam już na nic siły. Umieram. Gasnę każdą komórką ciała. Doszło do mnie parę głosów. Wydawały się brzmieć, jakby zza grubej ściany wody. Zniekształcone i ledwo zrozumiałe. Wiem jednak kto to. Wiem o co im chodzi. „Potrzebujemy jej żywej”. Głupcy mają jeszcze nadzieję, że mnie uratują. Nie rozumieją, że ja już teoretycznie nie żyję. Nie żyję już od dawna. To oni mnie zabili. Zniszczyli mnie już dobre parę lat temu. Ja tylko ukończyłam ich dzieło. Zrobiłam im przysługę. Wyeliminowałam się, niech dalej sami prowadzą tą chorą grę. Wtedy nie wytrzymałam. Ostatkiem sił wybuchłam śmiechem. Pewnie brzmiałam jak skomlące małe dziecko, ale niewiele mnie to obchodziło. Jestem już martwa. Równie dobrze mogę ich teraz wyśmiać. Czuję na sobie zdziwione spojrzenia. W pomieszczeniu na moment zapadła grobowa cisza. Jedynie ja wciąż się śmiałam. Coraz słabiej, aż w końcu niewidzialna siła utrzymująca mnie przy życiu po prostu przestała działać. Ostatnie co poczułam, to uderzenie lewym ramieniem o ziemię. Już nawet nie bolało. Przynajmniej w końcu mogę w spokoju zasnąć. Zasnąć nie obawiając się koszmarów, czy porannego budzika. Zasnąć na wieki.