wtorek, 23 lutego 2016

Oblivio #0 [Prolog]

Rozglądam się dookoła. Pusto. Nikogo nie ma. Czekam jeszcze chwilę, po której odchodzę. Patrzę jeszcze ostatni raz w stronę połamanego drzewa pokrytego grubą warstwą mchu. Nie przyszła. Zostawiła mnie. Spoglądam w dół na zabłocone buty. Rozgrzebuję czubkiem jednego z nich niewielką dziurę między mokrymi liśćmi. Zostawiła mnie. Nie mam już po co dłużej tutaj czekać, pewnie miała jakąś nagłą sprawę na głowie i nie zdążyła mnie o niej poinformować. To nie jej wina. Wyciągam telefon z kieszeni, minęło już piętnaście minut od umówionej godziny. Odwracam się na pięcie i robię parę kroków na przód. Zatrzymuję się, kiedy słyszę za sobą cichy szelest.
-Idziesz już? - odzywa się jedwabistym głosem.
-Czekałem. - odpowiadam zwracając ciało jednocześnie w jej stronę. - A ciebie nie było. Coś się stało?
Kręci przecząco głową, po czym zarzuca swoje wiotkie ramiona na moją szyję. Czuję jak robi mi się ciepło. Skóra pod jej dotykiem wydaje się parzyć w niezwykle przyjemny sposób. Patrzę prosto w jej niebieskoszare oczy. Wewnątrz, tuż przy źrenicy miały głęboki metaliczny kolor, a obwódki wydawały się falować, niczym ocean. Czuję, że mógłbym oglądać ten cudowny widok przez całe życie i nigdy nie byłbym tym znudzony. Dotykam palcami pasmo jej ciemnoblond włosów. Na pojedynczych kosmykach widoczne są jeszcze różne barwy tęczy wyprane od mycia i rozjaśnione przez słońce. Ciągnę delikatnie za pasemko, na co odpowiedziała cichym śmiechem. Ja również się roześmiałem. Jej chichot jest najcudowniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałem. Czyste dźwięki wydobywają się z jej gardła i zmuszają mnie do uniesienia kącików ust. Przy niej cała moja twarz i serce uśmiechają się w sposób zarezerwowany tylko dla tej jedynej niesamowitej osoby. Przesuwam dłoń pod jej podbródek. Unosi twarz w górę, żeby na mnie spojrzeć. Co prawda przewyższa większość dziewcząt ze szkoły, ale ja jestem jeszcze te parę centymetrów wyższy od niej. Pochylam się delikatnie w jej stronę i nasze usta w końcu stykają się w słodkim pocałunku. Ten moment rekompensuje każdą minutę, którą musiałem na nią czekać. Przechodzi mnie lekki dreszcz, kiedy wplata swoje smukłe palce w moje włosy i delikatnie je przeczesuje. Cały czas obejmuje mnie ramionami za szyję, a moje ręce niespodziewanie powędrowały na jej talię. Przysuwam ją jeszcze bardziej do siebie. Chcę czuć jak nasze ciała się stykają. Wtedy nam obojgu braknie powietrza w płucach. Niechętnie odsuwam się na parę centymetrów oddychając nieco szybciej niż zwykle. Hayden również ledwo łapie powietrze wspierając się na mnie.
-Kocham cię. - szepnęła mi prosto do ucha obejmując mnie mocno.
-A ja kocham ciebie. - odparłem zatapiając twarz w jej miękkich, pachnących wanilią włosach.

***

-Chester, kochanie, gdzie ty się podziewasz? - usłyszałem roztargniony głos Hayden wydobywający się ze słuchawki telefonu - Ja tu czekam na ciebie. Za chwilę się spóźnimy! - niemal widziałem oczami wyobraźni jak rozgląda się dookoła lekko pochylając się do przodu i szuka mnie rozbieganym wzrokiem. Uśmiechnąłem się na tą myśl.
-Już jadę, spokojnie. - powiedziałem łapiąc lewą ręką za czarny krawat. - Muszę kończyć, za chwilę będę.
Spojrzałem w lustro owijając jednocześnie krawat wokół szyi. Jeden pas do przodu, drugi w prawo, przewiązać i już stałem gotowy do wyjścia. Przeczesałem dłonią ciemne włosy i ruszyłem do drzwi. Wziąłem kluczyki do samochodu i w końcu wyjechałem. Zatrzymałem się dopiero przed domem dziewczyny. Wszedłem do jej domu, przywitałem się z rodzicami i wymieniłem z nimi parę słów odnośnie balu i błyszczącej sukienki Hayden, która nawiasem mówiąc miała cudowny turkusowy kolor, który w hipnotyzujący sposób podkreślał kolor jej oczu. W końcu zostałem wypchnięty przez nią z domu. Już po paru minutach samochód stał na parkingu szkolnym, a my szliśmy w stronę ogromnej sali gimnastycznej, w której odbywał się bal jesienny.
-Pięknie dziś wyglądasz. - mruknąłem całując dziewczynę w policzek. Zaśmiała się lekko, ale nic nie odpowiedziała.
Bal się rozpoczął. Dziesiątki par tańczyły na środku sali. Pośród nich znajdowały się również osoby, które samotnie lawirowały w szalonym tańcu z wyimaginowanym partnerem, bądź partnerką. My na początku siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Uwielbiałem z nią gawędzić na jakikolwiek temat. Zawsze potrafiła powiedzieć jakąś błyskotliwą anegdotę, którą udawało się jej wygrać każdą dyskusję.
Opowiadała o swoich rodzicach, o wczorajszym spacerze, a nawet o prześlicznych trampkach, które widziała w sklepie. Ona mówiła, a ja jedynie wpatrywałem się w jej ogromne jasne oczy. W pewnym momencie wstałem i po prosiłem ją do tańca. Zgodziła się z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Była szczęśliwa. Ja również byłem szczęśliwy. Obracaliśmy się w rytm muzyki, najpierw szybko, a później powoli, kołysząc się na boki, kiedy z głośników rozbrzmiał spokojniejszy utwór. Położyła głowę na moim ramieniu. Wdychałem zapach jej włosów, radując się jednocześnie każdą chwilą z nią spędzoną. Była moją księżniczką, dla której starałem się być idealnym chłopakiem. Złożyłem delikatny pocałunek w zgięciu jej szyi. Zadrżała lekko i spojrzała na mnie. Na jej zarumienionej twarzy rozkwitał cudowny uśmiech. Pochyliłem się w jej stronę i już miałem ją pocałować, kiedy niespodziewanie obróciła się, zarzucając włosami. Pociągnęła mnie za sobą za rękę. Podążałem jej śladem, zastanawiając się jednocześnie, co wymyśliła tym razem. Wyszliśmy ze szkolnego korytarza na parking i już po chwili staliśmy przy moim samochodzie.
-O co chodzi skarbie? - zapytałem zdezorientowany.
-Wsiadaj, ja prowadzę. - odparła. Oczy jej błyszczały z podekscytowania.
Posłusznie usiadłem na miejscu pasażera. Ruszyliśmy. Postanowiłem przerwać ciszę, włączając radio, ale zanim moja ręka natrafiła na odpowiedni guzik, dziewczyna mnie zatrzymała i pokręciła lekko głową.
-Zachowajmy klimat. - szepnęła i znów jej wzrok utkwił wbity w drogę przed nami.
Przez parę minut wsłuchiwaliśmy się jedynie w cichy warkot silnika. Na zewnątrz było ciemno. Na bezchmurnym niebie widniał okrągły, niezwykle jasny księżyc. Pełnia.
Nagle rozbrzmiał dźwięk telefonu Hayden. Sięgnęła po komórkę, która po chwili wyślizgnęła się z jej dłoni i przesunęła się pod jej siedzenie, nadal dzwoniąc. Dziewczyna zaklęła cicho i pochyliła się, żeby wydobyć przedmiot z powrotem.
Wtedy wszystko stało się zbyt szybko. Przez przypadek przekręciła kierownicę ramieniem. Auto zakręciło się wokół własnej osi, a ja uderzyłem głową w okno. Coś trzasnęło, rozległ się głośny huk i przed moimi oczami pojawił się kalejdoskop kolorów i barw. Straciłem przytomność. Wszystko wokół nagle się zatrzymało w miejscu. Zaczęło się cofać i powracało od początku. Nagle ogarnęło mnie okropne zmęczenie. Niemoc. Ciemność.
Obudziłem się parę minut, albo i parę godzin później. Straciłem poczucie czasu. Miałem pozlepiane powieki przez jakąś lepką maź. Przetarłem je dłonią, odsłaniając dzięki temu widoczność. Spojrzałem w lewo i od razu tego pożałowałem. Siedziała tam Hayden. Jej piękna twarz pokryta była wieloma rozcięciami i krwią. Włosy częściowo pozlepiane były w rubinowej posoce. Jedna z jej rąk wygięta była w nienaturalnym kierunku. Wyłamana w łokciu, tworzyła literę V, tyle że w tą nieprawidłową stronę. Chciałem krzyczeć, płakać i ją ratować. Zrobić cokolwiek. Więc wyciągnąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem po pogotowie.
A potem wszystko nabrało czarnej barwy.
Odcienia rozpaczy.

środa, 10 lutego 2016

Zbyt różni... Zbyt podobni...

Zawsze z tyłu głowy mam myśl, że robię coś źle. Za bardzo się staram być taka jak inni. Upodabniam się do ludzi mnie otaczających, żeby udało im się mnie zaakceptować. Codziennie rano zakładam maskę, która chroni moją twarz przed bolesnymi uderzeniami zadawanymi przez najbliższe mi osoby. Praktycznie nawet jej nie zdejmuję.
Kiedyś stworzyłam sobie nową osobowość. Przez oddziaływanie otaczających mnie ludzi, stałam się szarą myszką, która boi się wszystkiego i woli się w ogóle nie odzywać. Dla dorosłych byłam wzorem do naśladowania - cicha, spokojna, uczynna... Dla rówieśników? Sztywna, nudna, nie warta uwagi...
Bolało.
Za każdym razem jak ktoś się ode mnie odwracał.
Za każdym razem jak słyszałam ludzi obgadujących mnie za plecami.
Za każdym razem jak rozmowy cichły kiedy podchodziłam.
Było więc coraz gorzej. Zamykałam się w sobie. Nikt jednak nie chciał wyciągnąć do mnie ręki i pomóc wyrwać się z ciemności, która z każdą chwilą gęstniała. Stopniowo zapadałam się we własnych myślach.
Beznadziejna.
Do niczego.
Głupia.
Idiotka.
Nikt
cię
nie chce
Słowa układały się w zdania, rozpadały się i znów łączyły w innej konfiguracji. Wielka plątanina myśli wybijała ponury rytm. Rzucała we mnie wyzwiskami. Nie pozwalała spać. Kazała tańczyć do własnej muzyki. Stworzyła moje własne alter ego.
Nie jestem już sama ze swoimi myślami. Operuję swoim życiem tak, jak gra moja druga wersja. Ona kieruje, ja wykonuję. Wszystko razem składa się na jedną osobę. Tą, którą przyjaciele widzą codziennie w szkole. Roześmianą nastolatkę. Dobrą uczennicę. Pomocną koleżankę. Szkoda, że nie widzą tego, co dzieje się później. Nie zauważają łez pojawiających się w oczach, które nie zostają wypuszczone na zewnątrz. Nie widzą smutku zakamuflowanego gdzieś głęboko w gestach i opadających delikatnie kącikach ust. Są na to ślepi. Wystarczy im prosty zarys wesołej dziewczyny, która nie ma żadnych zmartwień.
Bo prawda jest zbyt trudna.

Nocami często zastanawiam się, co by było teraz ze mną, gdybym w którymś momencie życia postąpiła inaczej. Czy byłabym teraz tą samą osobą? Czy znałabym tych samych ludzi? Czy potrafiłabym być inna?
Gdzie popełniłam błąd?
Tak wiele pytań, a odpowiedzi wciąż brakuje.

Noc mija, wskazówki zegara pędzą, wystukując pośpieszny rytm. Wyrównuję do nich oddech. Uspokajam się, ale sen nie nadchodzi. Czasem wydaje mi się, że się zbliża. Cicho stawia powolne kroki. Nie chce dać znać o swojej obecności. Muska mnie delikatnie po twarzy. Unieruchamia po kolei każdy skrawek ciała. Robi to tak lekko, że nawet nie zdaję sobie sprawy, kiedy ogarnia mój umysł. Wciska piękne obrazy, nie pozwala się obudzić, uciec od otaczającego szczęścia. Trzyma mocno w kleszczach swoich objęć. Wmawia słodkim głosem, że wszystko będzie w porządku. Przecież wszystko w końcu się ułoży. Daje poczucie chwilowego bezpieczeństwa i złudnej radości. Ukazuje cudowne wyobrażenie życia, a kiedy już udaje mu się wywołać we mnie pozytywne emocje, nagle rozluźnia uchwyt i powoli umyka. Nie daję tak łatwo za wygraną. Staram się go złapać w każdy możliwy sposób. Nie chcę wracać do rzeczywistości. A on znika. Tak po prostu rozpływa się w powietrzu, jak pękająca bańka mydlana. Porzuca mnie.
Dzwoni mi w uszach. Z trudem podnoszę powieki. Czuję zalegający pod nimi piasek. Z powrotem przymykam zmęczone oczy. Po głowie znów wirują w szalonym tańcu obrazy z pięknego snu, który mnie nawiedził. Mam ochotę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy to wszystko nie dzieje się przypadkiem na prawdę. Ale wtedy wszystko znika. Wiem, że dawne czasy już nie powrócą. On zapomniał. Nie chce wracać. Ja również muszę zacząć teraźniejszością. Wychodzę spod ciepłej kołdry. Obejmuję się ramionami, mimo że nie czuję zimna. Tylko smutek i żal. Wżynają się pod czaszkę i nie pozwalają myśleć. Zaciskają tylko paski utrzymujące szczęśliwą maskę. Przyklejam uśmiech do twarzy, opuchnięte oczy ukrywam pod makijażem i znów ruszam przed siebie. Muszę zmierzyć się ze swoim strachem i bólem. Muszę to przetrwać. Muszę znów być taka, jakiej mnie oczekują inni. Żyję właśnie dla nich.
Nie mogę ich zawieść.
Nie mogę...