Kiedyś stworzyłam sobie nową osobowość. Przez oddziaływanie otaczających mnie ludzi, stałam się szarą myszką, która boi się wszystkiego i woli się w ogóle nie odzywać. Dla dorosłych byłam wzorem do naśladowania - cicha, spokojna, uczynna... Dla rówieśników? Sztywna, nudna, nie warta uwagi...Bolało.
Za każdym razem jak ktoś się ode mnie odwracał.
Za każdym razem jak słyszałam ludzi obgadujących mnie za plecami.
Za każdym razem jak rozmowy cichły kiedy podchodziłam.
Było więc coraz gorzej. Zamykałam się w sobie. Nikt jednak nie chciał wyciągnąć do mnie ręki i pomóc wyrwać się z ciemności, która z każdą chwilą gęstniała. Stopniowo zapadałam się we własnych myślach.
Beznadziejna.
Do niczego.
Głupia.
Idiotka.
Nikt
cię
nie chce
Słowa układały się w zdania, rozpadały się i znów łączyły w innej konfiguracji. Wielka plątanina myśli wybijała ponury rytm. Rzucała we mnie wyzwiskami. Nie pozwalała spać. Kazała tańczyć do własnej muzyki. Stworzyła moje własne alter ego.
Nie jestem już sama ze swoimi myślami. Operuję swoim życiem tak, jak gra moja druga wersja. Ona kieruje, ja wykonuję. Wszystko razem składa się na jedną osobę. Tą, którą przyjaciele widzą codziennie w szkole. Roześmianą nastolatkę. Dobrą uczennicę. Pomocną koleżankę. Szkoda, że nie widzą tego, co dzieje się później. Nie zauważają łez pojawiających się w oczach, które nie zostają wypuszczone na zewnątrz. Nie widzą smutku zakamuflowanego gdzieś głęboko w gestach i opadających delikatnie kącikach ust. Są na to ślepi. Wystarczy im prosty zarys wesołej dziewczyny, która nie ma żadnych zmartwień.
Bo prawda jest zbyt trudna.
Nocami często zastanawiam się, co by było teraz ze mną, gdybym w którymś momencie życia postąpiła inaczej. Czy byłabym teraz tą samą osobą? Czy znałabym tych samych ludzi? Czy potrafiłabym być inna?
Gdzie popełniłam błąd?
Tak wiele pytań, a odpowiedzi wciąż brakuje.
Noc mija, wskazówki zegara pędzą, wystukując pośpieszny rytm. Wyrównuję do nich oddech. Uspokajam się, ale sen nie nadchodzi. Czasem wydaje mi się, że się zbliża. Cicho stawia powolne kroki. Nie chce dać znać o swojej obecności. Muska mnie delikatnie po twarzy. Unieruchamia po kolei każdy skrawek ciała. Robi to tak lekko, że nawet nie zdaję sobie sprawy, kiedy ogarnia mój umysł. Wciska piękne obrazy, nie pozwala się obudzić, uciec od otaczającego szczęścia. Trzyma mocno w kleszczach swoich objęć. Wmawia słodkim głosem, że wszystko będzie w porządku. Przecież wszystko w końcu się ułoży. Daje poczucie chwilowego bezpieczeństwa i złudnej radości. Ukazuje cudowne wyobrażenie życia, a kiedy już udaje mu się wywołać we mnie pozytywne emocje, nagle rozluźnia uchwyt i powoli umyka. Nie daję tak łatwo za wygraną. Staram się go złapać w każdy możliwy sposób. Nie chcę wracać do rzeczywistości. A on znika. Tak po prostu rozpływa się w powietrzu, jak pękająca bańka mydlana. Porzuca mnie.
Dzwoni mi w uszach. Z trudem podnoszę powieki. Czuję zalegający pod nimi piasek. Z powrotem przymykam zmęczone oczy. Po głowie znów wirują w szalonym tańcu obrazy z pięknego snu, który mnie nawiedził. Mam ochotę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy to wszystko nie dzieje się przypadkiem na prawdę. Ale wtedy wszystko znika. Wiem, że dawne czasy już nie powrócą. On zapomniał. Nie chce wracać. Ja również muszę zacząć teraźniejszością. Wychodzę spod ciepłej kołdry. Obejmuję się ramionami, mimo że nie czuję zimna. Tylko smutek i żal. Wżynają się pod czaszkę i nie pozwalają myśleć. Zaciskają tylko paski utrzymujące szczęśliwą maskę. Przyklejam uśmiech do twarzy, opuchnięte oczy ukrywam pod makijażem i znów ruszam przed siebie. Muszę zmierzyć się ze swoim strachem i bólem. Muszę to przetrwać. Muszę znów być taka, jakiej mnie oczekują inni. Żyję właśnie dla nich.
Nie mogę ich zawieść.
Nie mogę...
0 komentarze:
Prześlij komentarz