Dokładnie
wiem co się stało. Widzę w mojej głowie setki nici połączonych w jeden ogromny,
trójwymiarowy obraz. Piękne i niesamowite dzieło, którego nie da się opisać
zwyczajnymi słowami śmiertelników. Nie da się go prawidłowo rozrysować na
kartce papieru, ani stworzyć modelu w żadnym znanym temu światu programie
komputerowym. To jest zbyt idealne. Znalazł się tam jednak jeden błąd. Jedyny
niewinny ubytek, który teraz rani moje wewnętrzne oko. Roznieca ogień wewnątrz
mojego umysłu. Nie jestem zła. Jestem wściekła. Na siebie, na nędznego
człowieka, który spowodował tą sromotną porażkę, na wścibskich policjantów,
którzy wkładają swoje długie, krzywe nosy w nieswoje sprawy, na kobietę, która
na mnie doniosła… Jestem pełna furii.
Rozglądam się dookoła. Wiem, że za
chwilę po mnie przyjdą. Zabiorą mnie. Nie będę mogła ukończyć tego zadania.
Patrzę w stronę okna. Ucieczka nic nie da. I tak w końcu mnie znajdą. Chociaż…
kto wie, może są tak wielkimi idiotami, na jakich wyglądają. Podchodzę do okna,
ciągnę za klamkę parę razy, ale nic to nie daje. Jest zatrzaśnięte. Nie dam
rady uciec. Nie w ten sposób. Muszę wymyślić coś innego. Coś bardziej
efektownego. Coś, czego się nie spodziewają.
Idę szybkim krokiem w stronę
łazienki. Przez przypadek uderzam w szafkę stojącą przy ścianie w korytarzu. Na
ziemię spada niewielka szklana kula i roztrzaskuje się na malutkie kawałeczki.
Przeklinam cicho w duchu na widok licznych białych drobinek zmieszanych z odłamkami
szkła i przezroczystym płynem rozlanym po całym pomieszczeniu. Wtedy
przypominam sobie, że mam coraz mniej czasu. Idę więc dalej. Właścicielka tego
mieszkania i tak nie będzie już miała możliwości rozpaczać nad zniszczoną
ozdobą. Kąciki moich ust delikatnie się podnoszą na myśl przerażonych oczu
blondwłosej kobiety w ostatnich minutach jej nędznego życia. Wiedziała, że nie
ma ze mną szans. Rozumiała, że dołączy do całej reszty. Nawet już się nie
broniła, po prostu poddała się mi bez jakiejkolwiek walki. Była odważna. Albo
głupia.
Spoglądam na starodawny zegarek z
kukułką zawieszony nad drewnianym stołem. Krótsza wskazówka zbliżała się
powolnym ruchem do wykaligrafowanej czarną czcionką piątki. Krew zaczynała
wrzeć mi w żyłach. To dobrze.
Będąc już w łazience otwieram
pierwszą szafkę, jaka wisi obok lustra, po mojej prawej stronie. Znajduję tam
paczkę nieużywanych ostrzy do golenia. Rozrywam więc papier i wyciągam jedno z
nich. Trzymając je zaciśnięte w dłoni zwiniętej w pięść, siadam na podłodze,
opierając plecy o ścianę nieskazitelnie białej wanny. Z ledwo dostrzegalnym
uśmiechem zaczynam oglądać dookoła ostrze. Jest już delikatnie ubrudzone od
rdzawo czerwonej krwi. Musiałam się przez przypadek przeciąć, trzymając je w
ręce. Zakasuję więc rękawy na wysokość łokci i przykładam nożyk do spodniej części
nadgarstka. Żyły tworzą tam granatową siatkę osadzoną na jasnej skórze.
Przesuwam powoli ostrze przyciskając je na początku delikatnie. Chcę chociaż
przez chwilę móc rozkoszować się kłującym bólem, który z każdą mijającą sekundą
stępia moje zmysły. Moje oczy na moment stają się wilgotne. Niemal od razu czuję
jak gorąca, rubinowa posoka zaczęła przeciekać mi między palcami. Przeszedł
mnie jeden samotny dreszcz, kiedy głuchą ciszę przeciął cichy dźwięk kropli
uderzającej o jasne kafelki. Rany na rękach zaczynają się robić coraz głębsze.
Przypominają drabinę pełną spływającej krwi. Delektuję się tym widokiem. Co
parę minut przed oczami widzę jedynie ciemną mgłę, ale gdy tylko powracam do
pełni umysłu, na drugim nadgarstku tworzą się nowe krwawe zagłębienia. W pewnym
momencie, kiedy całe spodnie miałam przemoczone od czerwonej cieczy, a wokół
mimo to rozlana była dość duża kałuża, nie miałam już siły, żeby po raz kolejny
unieść dłoni dzierżącej kawałek naostrzonego metalu skąpanego we krwi, oparłam
głowę o ścianę wanny. Ostatnie minuty życia powinny być ekscytujące, godne do
zapamiętania przez przyszłe pokolenia. Na pewno nie tak wyobrażałam sobie
śmierć. Nigdy bym nie pomyślała, że będę tak zwyczajnie na nią czekać w zbyt
białej łazience w zbyt czystym domu jednej z moich ofiar. Wiem chociaż jedno.
Zginę z najodpowiedniejszych rąk. Swoich własnych.
Ciemność
przyszła tak niespodziewanie, że nie zdążyłam się nawet jej oprzeć. Moje ręce i
nogi po prostu stały się sztywne. Niemal czułam jak stygły z każdą kroplą
wypływającej krwi. Może i nie wykonałam zadania, ale wygrałam tą walkę.
Przynajmniej nie wezmą mnie żywcem. To już coś. Dla mnie to już wszystko.
Koniec.
Wtedy
oślepiło mnie nagłe światło. Uchyliłam minimalnie powieki. Nie mam już na nic
siły. Umieram. Gasnę każdą komórką ciała. Doszło do mnie parę głosów. Wydawały
się brzmieć, jakby zza grubej ściany wody. Zniekształcone i ledwo zrozumiałe. Wiem
jednak kto to. Wiem o co im chodzi. „Potrzebujemy jej żywej”. Głupcy mają
jeszcze nadzieję, że mnie uratują. Nie rozumieją, że ja już teoretycznie nie
żyję. Nie żyję już od dawna. To oni mnie zabili. Zniszczyli mnie już dobre parę
lat temu. Ja tylko ukończyłam ich dzieło. Zrobiłam im przysługę. Wyeliminowałam
się, niech dalej sami prowadzą tą chorą grę. Wtedy nie wytrzymałam. Ostatkiem
sił wybuchłam śmiechem. Pewnie brzmiałam jak skomlące małe dziecko, ale niewiele
mnie to obchodziło. Jestem już martwa. Równie dobrze mogę ich teraz wyśmiać.
Czuję na sobie zdziwione spojrzenia. W pomieszczeniu na moment zapadła grobowa
cisza. Jedynie ja wciąż się śmiałam. Coraz słabiej, aż w końcu niewidzialna
siła utrzymująca mnie przy życiu po prostu przestała działać. Ostatnie co
poczułam, to uderzenie lewym ramieniem o ziemię. Już nawet nie bolało.
Przynajmniej w końcu mogę w spokoju zasnąć. Zasnąć nie obawiając się koszmarów,
czy porannego budzika. Zasnąć na wieki.
0 komentarze:
Prześlij komentarz