poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Revenge #0

Dokładnie wiem co się stało. Widzę w mojej głowie setki nici połączonych w jeden ogromny, trójwymiarowy obraz. Piękne i niesamowite dzieło, którego nie da się opisać zwyczajnymi słowami śmiertelników. Nie da się go prawidłowo rozrysować na kartce papieru, ani stworzyć modelu w żadnym znanym temu światu programie komputerowym. To jest zbyt idealne. Znalazł się tam jednak jeden błąd. Jedyny niewinny ubytek, który teraz rani moje wewnętrzne oko. Roznieca ogień wewnątrz mojego umysłu. Nie jestem zła. Jestem wściekła. Na siebie, na nędznego człowieka, który spowodował tą sromotną porażkę, na wścibskich policjantów, którzy wkładają swoje długie, krzywe nosy w nieswoje sprawy, na kobietę, która na mnie doniosła… Jestem pełna furii.
            Rozglądam się dookoła. Wiem, że za chwilę po mnie przyjdą. Zabiorą mnie. Nie będę mogła ukończyć tego zadania. Patrzę w stronę okna. Ucieczka nic nie da. I tak w końcu mnie znajdą. Chociaż… kto wie, może są tak wielkimi idiotami, na jakich wyglądają. Podchodzę do okna, ciągnę za klamkę parę razy, ale nic to nie daje. Jest zatrzaśnięte. Nie dam rady uciec. Nie w ten sposób. Muszę wymyślić coś innego. Coś bardziej efektownego. Coś, czego się nie spodziewają.
            Idę szybkim krokiem w stronę łazienki. Przez przypadek uderzam w szafkę stojącą przy ścianie w korytarzu. Na ziemię spada niewielka szklana kula i roztrzaskuje się na malutkie kawałeczki. Przeklinam cicho w duchu na widok licznych białych drobinek zmieszanych z odłamkami szkła i przezroczystym płynem rozlanym po całym pomieszczeniu. Wtedy przypominam sobie, że mam coraz mniej czasu. Idę więc dalej. Właścicielka tego mieszkania i tak nie będzie już miała możliwości rozpaczać nad zniszczoną ozdobą. Kąciki moich ust delikatnie się podnoszą na myśl przerażonych oczu blondwłosej kobiety w ostatnich minutach jej nędznego życia. Wiedziała, że nie ma ze mną szans. Rozumiała, że dołączy do całej reszty. Nawet już się nie broniła, po prostu poddała się mi bez jakiejkolwiek walki. Była odważna. Albo głupia.
            Spoglądam na starodawny zegarek z kukułką zawieszony nad drewnianym stołem. Krótsza wskazówka zbliżała się powolnym ruchem do wykaligrafowanej czarną czcionką piątki. Krew zaczynała wrzeć mi w żyłach. To dobrze.
            Będąc już w łazience otwieram pierwszą szafkę, jaka wisi obok lustra, po mojej prawej stronie. Znajduję tam paczkę nieużywanych ostrzy do golenia. Rozrywam więc papier i wyciągam jedno z nich. Trzymając je zaciśnięte w dłoni zwiniętej w pięść, siadam na podłodze, opierając plecy o ścianę nieskazitelnie białej wanny. Z ledwo dostrzegalnym uśmiechem zaczynam oglądać dookoła ostrze. Jest już delikatnie ubrudzone od rdzawo czerwonej krwi. Musiałam się przez przypadek przeciąć, trzymając je w ręce. Zakasuję więc rękawy na wysokość łokci i przykładam nożyk do spodniej części nadgarstka. Żyły tworzą tam granatową siatkę osadzoną na jasnej skórze. Przesuwam powoli ostrze przyciskając je na początku delikatnie. Chcę chociaż przez chwilę móc rozkoszować się kłującym bólem, który z każdą mijającą sekundą stępia moje zmysły. Moje oczy na moment stają się wilgotne. Niemal od razu czuję jak gorąca, rubinowa posoka zaczęła przeciekać mi między palcami. Przeszedł mnie jeden samotny dreszcz, kiedy głuchą ciszę przeciął cichy dźwięk kropli uderzającej o jasne kafelki. Rany na rękach zaczynają się robić coraz głębsze. Przypominają drabinę pełną spływającej krwi. Delektuję się tym widokiem. Co parę minut przed oczami widzę jedynie ciemną mgłę, ale gdy tylko powracam do pełni umysłu, na drugim nadgarstku tworzą się nowe krwawe zagłębienia. W pewnym momencie, kiedy całe spodnie miałam przemoczone od czerwonej cieczy, a wokół mimo to rozlana była dość duża kałuża, nie miałam już siły, żeby po raz kolejny unieść dłoni dzierżącej kawałek naostrzonego metalu skąpanego we krwi, oparłam głowę o ścianę wanny. Ostatnie minuty życia powinny być ekscytujące, godne do zapamiętania przez przyszłe pokolenia. Na pewno nie tak wyobrażałam sobie śmierć. Nigdy bym nie pomyślała, że będę tak zwyczajnie na nią czekać w zbyt białej łazience w zbyt czystym domu jednej z moich ofiar. Wiem chociaż jedno. Zginę z najodpowiedniejszych rąk. Swoich własnych.
            Ciemność przyszła tak niespodziewanie, że nie zdążyłam się nawet jej oprzeć. Moje ręce i nogi po prostu stały się sztywne. Niemal czułam jak stygły z każdą kroplą wypływającej krwi. Może i nie wykonałam zadania, ale wygrałam tą walkę. Przynajmniej nie wezmą mnie żywcem. To już coś. Dla mnie to już wszystko. Koniec.

            Wtedy oślepiło mnie nagłe światło. Uchyliłam minimalnie powieki. Nie mam już na nic siły. Umieram. Gasnę każdą komórką ciała. Doszło do mnie parę głosów. Wydawały się brzmieć, jakby zza grubej ściany wody. Zniekształcone i ledwo zrozumiałe. Wiem jednak kto to. Wiem o co im chodzi. „Potrzebujemy jej żywej”. Głupcy mają jeszcze nadzieję, że mnie uratują. Nie rozumieją, że ja już teoretycznie nie żyję. Nie żyję już od dawna. To oni mnie zabili. Zniszczyli mnie już dobre parę lat temu. Ja tylko ukończyłam ich dzieło. Zrobiłam im przysługę. Wyeliminowałam się, niech dalej sami prowadzą tą chorą grę. Wtedy nie wytrzymałam. Ostatkiem sił wybuchłam śmiechem. Pewnie brzmiałam jak skomlące małe dziecko, ale niewiele mnie to obchodziło. Jestem już martwa. Równie dobrze mogę ich teraz wyśmiać. Czuję na sobie zdziwione spojrzenia. W pomieszczeniu na moment zapadła grobowa cisza. Jedynie ja wciąż się śmiałam. Coraz słabiej, aż w końcu niewidzialna siła utrzymująca mnie przy życiu po prostu przestała działać. Ostatnie co poczułam, to uderzenie lewym ramieniem o ziemię. Już nawet nie bolało. Przynajmniej w końcu mogę w spokoju zasnąć. Zasnąć nie obawiając się koszmarów, czy porannego budzika. Zasnąć na wieki.


0 komentarze:

Prześlij komentarz