piątek, 8 stycznia 2016

Czujesz to #2

Nigdy nie zauważam tego, co dzieje się najbliżej mnie. Szukam wszystkiego daleko nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że najpiękniejsze rzeczy znajdują się tuż obok. To mnie gubi. Odrzuca gdzieś daleko i boleśnie strąca na ziemię. Próbuję się podnieść. Sama. Podpieram się wiotkimi ramionami i naprężam mięśnie, ale ogromny ciężar porażki nie daje mi wstać. Nie pozwala wyrwać się z rąk przygnębienia, które zaciskają się coraz mocniej i nie chcą puścić. Wtedy zaczyna mi brakować oddechu. Powietrze gęstnieje. Dławię się łzami. Nie chcę już tego. Ale nic nie mogę. Nic, oprócz trwania w miejscu i myślenia. Aż rozsadza mi głowę. Jedynie od środka. Kiedy już chcę dać za wygraną i się poddać, pojawia się On. Unosi mnie i powoli stawia na nogi. Sprawdza, czy nic mi nie jest. Nie pyta, czy może pomóc. Po prostu to robi. Składa mnie z powrotem, kawałek po kawałku. Nie pozwala mi ponownie się rozpaść. A potem trzyma w ramionach i głaszcze po głowie.
Czy jestem w niebie?
Tyle mi wystarczy
Żeby żyć.



Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Marne. Podkrążone oczy, blada twarz, przesuszone włosy. Humor również miał wiele do życzenia. Czułam się porządnie przeżuta i wypluta. Bolały mnie wszystkie mięśnie. I głowa. I serce.
Wyjęłam szybko telefon z tylnej kieszeni spodni, czując delikatną wibrację. Delikatnie się uśmiechnęłam widząc Jego imię. I wiadomość.
Czas wyłączyć myślenie. Zbliża się pora karmienia.
Miał rację. Jak zawsze.
Dochodziła ósma. Niedługo pierwsza lekcja.

Czasem czuję się jak jedna mała rybka pośród ogromnej ławicy otaczającej mnie z każdej strony. Szkoła była jak rafa koralowa. Z zewnątrz wydaje się ciekawa i zadbana, ale czasem znajdzie się rekin. Głodny rekin. Żywiący się cierpieniem innych. Chociażby Cindy. Wredna mała suka, która uważa się za pępek świata. Tak, nienawidziłam jej. Z wzajemnością.
Przeczesałam dłońmi włosy, zasłaniając jednocześnie twarz najbardziej, jak tylko się dało. Byłam niewidoczna. Nie ważna.
Widziałam spojrzenia nastolatków stojących przy ścianach. Uważali mnie za wariatkę. Myśleli, że jestem dziwna. Albo chora. Albo opętana. Bolało.
Oni wszyscy bali się do mnie podejść. Zawsze opuszczali wzrok pierwsi. Za każdym razem schodzili z drogi. Woleli ze mną nie zadzierać. Wszyscy oprócz Cindy. Podeszła do mnie, na tyle blisko, żebym poczuła jej cholernie drogie perfumy. Od ostrego zapachu zakręciło mi się w głowie. Nie miałam ochoty na kolejną zniewagę. Przepchnęłam się szybko obok niej i pomknęłam dalej korytarzem. Słyszałam jak powiedziała coś do grupki dziewczyn stojących za nią. Tamte cicho zachichotały. Czułam ich wzrok na swoich plecach.

Moje łzy wydają się szkarłatne.
To nie łzy, odłóż żyletkę.

Wiadomości od Jorge'a czasem mnie przerażają...

1 komentarz:

  1. Wow, takie głębokie... Daje do myślenia. Czekam na następny post :)

    A poza tym, trafiłam tu przypadkiem, ale chyba zostanę na dłużej. Świetny blog, widać, że się bardzo starasz. No i jak widać super wychodzi ;). Tymczasem zapraszam na swój blog o włosach i nie tylko: http://fairhairbyjolie.blogspot.com/ . Zostaw ślad po sobie ;)

    OdpowiedzUsuń