Czemu to jest niemożliwe?
Dlaczego tym jedynym miejscem, w którym zawsze jestem sama jest moja własna głowa?
Ale wtedy przybywa osoba, która proponuje mi swoją pomoc. Widzi problem i chce mu zaradzić. Rozumie. Obiecuje, że nie zostawi. Postanawiam mu zaufać, otworzyć się i pokazać tą swoją gorszą stronę. Ukazać drugą twarz, której nie potrafię opanować. A on wtedy nie wytrzymuje. Odsuwa się. Najpierw powoli, pozwala mi zrozumieć, że go już niema, aż w końcu mówi te dwa słowa. Dwa słowa, które wdzierają się do mojej głowy i postanawiają wszystko ponownie wywrócić do góry nogami. "Zostańmy przyjaciółmi." Jedno "zostańmy przyjaciółmi" potrafi zmącić porządek, który tak misternie układałam przez ten cały czas. W momencie, kiedy chowam już ostatnią przykrą myśl do szafy, on wpada i rozrzuca wszystko dookoła. Nie zważa na to, że jestem obok. Po prostu mnie mija bez słowa. Odchodzi. Nie odwraca się.Tworzy się wtedy we mnie wewnętrzny konflikt. Nie wiem co boli bardziej: złamane serce, czy może plątanina myśli utworzona w głowie. Nie mam pojęcia kiedy konkretnie stał się Kimś Więcej, ani kiedy stałam się Jedną z Wielu. Nie chcę wiedzieć. Poradzę sobie sama. Więc odwracam się od problemów, zamykam się w czterech ścianach mojego umysłu i postanawiam nie dopuścić do niego nikogo więcej. Zamykam się w sobie, a potem odpycham wszelkie myśli, uczucia i wspomnienia. Staję się lalką egzystującą w tym okrutnym świecie. Unoszę się gdzieś nad tym wszystkim. Jestem cieniem postaci, którą byłam kiedyś. Ona idzie, a ja staram się nie myśleć, patrzy w lustro, nie odzywam się, próbuje zasnąć, nie pozwalam jej na to. Nie pozwalam sobie. Nie pozwalam nam. Niszczę nas. Umieramy w powolnej agonii. Dzień pierwszy, drugi, trzeci, dziesiąty, osiemnasty... Przestaję liczyć. Ludzie przewijają się powoli przez moje życie. Dobijają się do otaczających mnie ścian. Próbują wyważyć drzwi. W końcu się poddają. Każdy po kolei. Ten nie dał rady, tamten lekko się poobijał, jeszcze inny znalazł inną. A mnie to nie rusza. Nic nie czuję. Jestem gdzieś nad tym wszystkim.
Kiedyś byłam wrażliwa. Kiedyś wszystkie emocje czułam pięć razy mocniej niż zezwala norma narzucona przez Matkę Naturę. Kiedyś cieszyłam się z każdego najmniejszego szczęścia jakie mnie spotkało. Kiedyś płakałam całe noce, kiedy ktoś mnie przezwał. Kiedyś pomagałam innym zanim w ogóle pomyślałam o tym, żeby pomyśleć też o sobie. Kiedyś byłam lubiana przez wielu ludzi. Kiedyś dawno minęło.
Pozostaje tu i teraz.
Czy tego chcę, czy nie.
Dlatego zbieram się w sobie. Otwieram oczy i przysięgam sobie, że dzisiaj będzie lepiej. Dzisiaj się podniosę, strzepię kurz zalegający na ubraniu i otworzę umysł. Pozwolę sobie czuć.
Wstaję więc z łóżka, uważając, żeby wylądować na prawej nodze. Oddycham głęboko parę razy. Przed oczami staje mi jego twarz. Ostatni raz. Odtrącam złudne obrazy i idę naprzód. Po prostu się poruszam. Grunt, to przesuwać się do przodu. W jakikolwiek sposób. Idąc bądź czołgając się.
Byle nie zostać w miejscu.
Czas zamknąć dawny rozdział
Czas zacząć żyć.
0 komentarze:
Prześlij komentarz